Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 307 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Historia: Evita Peron – ikona współczesnego narodowego-radykalizmu

środa, 28 lipca 2010 7:08


Evita Peron - więcej niż legenda

   Maria Eva Duarte zmarła ponad pięćdziesiat lat temu. Przed przedwczesną śmiercią obiecała rodakom, że zawsze z nimi będzie, na dobre i złe czasy. I dotrzymała słowa. Dziś w Argentynie imię Evita wymawia się z nabożnością i szacunkiem. Jej wizerunki spotyka się w całym kraju, zarówno w Buenos Aires, gdzie świeciła triumfy, jak też w oddalonych prowincjach południa. Jej portrety wciąż wiszą w budynkach rządowych, w domach prywatnych i szkołach. Na ulicach sprzedawane są pamiątki, zdjęcia i memorabilia po Evicie. Pojawiła się jak meteoryt czy wielobarwna tęcza tylko na chwilę. Ale zajaśniała pełnym blaskiem i natchnęła rodaków nową nadzieją na lepsze jutro. Przywróciła uśmiech biedocie. Była podziwiana i uwielbiana bez granic przez robotników i nędzarzy, nienawidzona przez niektóre wyższe sfery Buenos Aires. Zwano ją "Dama de la Esperanca" - "Dama nadziei", także "Santa Evita" - " Święta Evita".

Evita Duarte urodziła się w 1919 roku na prowincji jako nieślubna córka Juanity Ibarguren. Wyrastała wśród rodzeństwa w biedzie i beznadziei. Zawsze marzyła o wielkim świecie. Jako dziewczynka na zawsze zapamiętała pogrzeb ojca, a zwłaszcza epizod, gdy nie pozwolono jej zbliżyć się do jego trumy - była przecież nieślubnym dzieckiem. Marzenia czasem przeradzają się w rzeczywistość. Gdy Eva miała 15-lat opuściła swą wioskę Los Todos, by wraz z Augustinem Migaldi (śpiewakiem) udać się do Buenos Aires. Film "Evita" prezentowany kilka lat temu portretuje ją jako biednie odzianą dziewczynkę z prowincji, która z walizeczką wjeżdża do stolicy, by zostać tam już na zawsze. Patrzymy na Evitę jako wystaszoną prowincjuszkę, ale piękną nastolatkę, pełną życia i wigoru. Zachwycona wielkim światem poznaje jego uroki, odwiedza kluby nocne Buenos Aires, tańczy tango w biednej dzielnicy portowej LaBoca, włóczy się po teatrach, grywa małe rólki teatralne, zostaje nawet spikerką radiową.

W 1944 roku spotkała na stadionie przeznaczenie swego życia, przystojnego pułkownika Juana Domingo Perona. I pozostała z nim aż do końca swych dni. Peron był zafascynowany Evitą, nie mógł nacieszyć się jej widokiem, gracją i stylem. Istotnie była piękna średniego wzrostu, o aksamitnych oczach, przenikliwym spojrzeniu, blond włosach. Jej wdzięk i czar zniewalał wszystkich. Gdy w 1945 roku internowano Perona, zakochana Evita wkroczyła do akcji. Dzięki jej radiowym apelom tłumy robotników wyległo na ulice domagając się jego uwolnienia. Zwolniono go, a w rok później został prezydentem Argentyny.

Rządząca para była podziwiana w całym kraju. Wydawało się, że uśmiechnięty prezydent i jego żona przywrócą nadzieję i prosperity dla kraju. Na żądanie związków zawodowych podnoszono płace dla robotników, budowano szpitale i szkoły. Evita stała się opekunką biednych w całym kraju. Zapewne pomna biedy zaznanej w młodości chciała coś zrobić dla swych współbraci.

Gdy zwiedzałem Buenos Aires, mówiono mi, że wiele miejsc w stolicy pamięta Evitę. Przy sławnym Obelisku w 1945 roku ponad 100 tysięczny tłum wiwatował na cześć Perona. Przy jego boku stała uśmiechnięta Evita. Gdy Peron wygrał wybory, w tym samym miejscu prawie ćwierć miliona Argentyńczyków skandowało jego imię.

Tłum widział Evitę w roli wiceprezydenta, ale wojsko nie wyraziło zgody. Ale Evita wcale nie musiała zostać wiceprezydentem. Jako pierwsza dama podbiła serca tłumu. Była inna niż jej poprzedniczki, nowoczesna, inteligentna, doskonale zorientowana we wszystkim. Była wspaniałą mówczynią, jej słowa docierały do najdalszych zakątków, budziły otuchę i ulgę wśród biednych. Budowała domy starców, sierocińce, hotele dla bezrobotnych dziewcząt, domy dla niezamężnych matek. Założyła fundację charytatywną dla ubogich. Podróżowała po kraju rozdając prezenty. Razu pewnego podczas wigilii poleciła, by każda poczta rozdawała słodki chleb, wino i zabawki, także zdjęcia panującej pary. Sama pojawiała się często na balkonie Casa Rosada (pałac prezydencki), gdzie odbierała hołdy od miejskiej biedoty zgromadzonej przed pałacem.

Peronowie bywali często w Teatro Colon. Tam w olśniewająco bogatym wnętrzu, przy wspaniałej akustyce, w obecności 3000 widzów Evita święciła triumfy. Ubrana wytwornie i bogato, musiała być tęczą i różą Argentyny, bo tak lud chciał ją widzieć. Była w swoim żywiole. Rozdawała dary dla emerytów, robotników, sierot, matek z dziećmi. Zawsze pełno tam było biedoty pozdrawiającej Evitę, proszącej o dary. Pisano prośby na karteczkach i wręczano Evicie, która nigdy nie odmawiała. Mawiano nawet powszechnie: pisz życzenia na kartce, a ona odmieni twoje życie.

Evita odwiedzała żłobki, sierocińce, domy starców. Gdziekolwiek się pojawiła budziła zachwyt i uznanie. Patrzono na nią jak na zbawczynię biedoty. Gdy w 1947 roku pojechała do Hiszpanii, cała Argentyna z zapartym tchem patrzyła na boską Evitę konferującą z gen. Franco. Potem podziwiano ją w Watykanie, a jej powrót do kraju był niemal królewską fiestą. Ale czasy nie były łatwe. Peron podczas swej prezydentury miał licznych przeciwników, Evita także. W kraju wybuchały strajki i niepokoje. Tylko lud wierzył, że dzięki ukochanym przywódcom będzie coraz lepiej. Aktywne życie Evity przerwała nagle choroba.

 W filmie "Evita" widzieliśmy ją bladą bardzo, przyjmującą komunię i nagle omdlewającą. Cały kraj dowiedział się, że żona prezydenta jest śmiertelnie chora. Nie było ratunku dla 30-letniej filantropki. Białaczka obezwładniała ją coraz bardziej. Cały kraj modlił się o powrót do zdrowia Evity. Przed pałacem prezydenckim gromadziły się tłumy, modlono się przy płonących świecach, prosząc Opatrzność o jej zdrowie. Bardzo osłabiona pierwsza dama przemawiała wciąż do tłumu. W jednym z przemówień z balkonu pałacu prezydenckiego powiedziała:

"Ciągle potrzebuję waszej miłości. Kocham was i mam nadzieję, że wy mnie też kochacie. Jestem tylko prostą kobietą, jedną z was. Chcę służyć wam do końca mych dni. Jeśli popełniłam jakieś grzechy w życiu to płacę za to sowicie, ucałowałam wielu chorych na gruźlicę mając nadzieję, że Bóg nie ześle mi takiego bólu. Robiłam to dla biednych. Ale Bóg zesłał mi cierpienie, za duże dla mnie. Ale skoro taka jest jego wola, muszę się z tym pogodzić. Kocham was, zabierałam kosztowności bogatym i rozdawałam wam, któregoś dnia odziedziczycie wszystko. Chcę, by napisano o mnie: była kiedyś kobieta, obok Perona, kobieta która tchnęła go nadzieją i unaoczniła potrzeby ludzi biednych. Jej imię było Evita".

W 1952 roku Perona wybrano ponownie prezydentem. Podczas inauguracyjnego przejazdu prezydenta kawalkada samochodów sunęła ulicami Buenos. Tuż przy nim stała blada, śmiertelnie chora Evita. W miesiąc później już nie żyła. Żałoba ogarnęła cały kraj. Płakali wszyscy. W ulewnym deszczu przed pałacem prezydenckim stały tłumy, by oddać hołd Evicie. Leżała bladziutka w przeszklonej trumnie o twarzy pełnej dobroci i jakby szczęścia. Trumna tonęła w kwiatach. Przyjeżdżali rodacy z najdalszych zakątków Argentyny, by po raz ostatni pokłonić się swej pani. Zwłoki Evity zostały balsamowane i miały spocząć w mauzoleum. Jej królewski niemal pogrzeb nie miał sobie równych.

W 1955 roku obalono Perona, a zwłoki Evity nagle zniknęły. Nowe władze obawiały się, że Evita nawet martwa jest niebezpieczna. Po kryjomu wywieziono zwłoki do Mediolanu i tam pochowano pod zmienionym nazwiskiem Marii Maggio. Przez 14 lat leżała snem błogim na włoskim cmentarzu. 

Nadszedł rok 1970, Peron był wciąż na wygnaniu w Hiszpanii. Nowi władcy kraju wyrazili zgodę na sprowadzenie zwłok Evity do kraju. Przez dwa lata jednak trumna Evity przeleżała w Hiszpanii w mieszkaniu Perona, by w 1973 roku wrócić do Argentyny, notabene razem z Peronem. Byli witani entuzjastycznie. W następnym roku Peron znów zostaje prezydentem. Evitę pochowano na cmentarzu Recoleta, położonym w sercu miasta, na wzgórzu.

To przepiękna nekropolia: alejki, finezyjne grobowce i mauzolea, bogate zdobienia, smutne anioły i nostalgiczne eptafia. Odwiedziłem ten cmentarz i grób Evity. W jednej z bocznych alejek znajduje się mauzoleum rodziny Duarte. Tu spoczywa boska Evita. Pełno kwiatów i turystów. Każdy chce zobaczyć grób tej, która całe życie poświęciła biednym. Na czarnej płycie popiersie Evity i napis:
"Czuję nieustanne pragnienie spełniania się i jeśli to będzie w stanie rozjaśnić drogę i dać szczęście Argentyńczykom, zrobię wszystko dla ich chwały. Nie nazywajcie mnie zagubioną lub odizolowaną. Jestem częścią waszego życia, przeżyłam miłość i ból, przeszłam przez koszmar ze szczerą wiarą w Jezusa, kto w niego wierzy, pokona wszystko. Jedyne co chcę robić, to służyć milionom moich rodaków". 

Janusz Kopeć
Chicago

Źródło: Dziennik Związkowy


Podziel się
oceń
0
1

Historia: Ku „Nowemu Średniowieczu”? Myśl polityczna „młodych” narodowców w latach 30.

wtorek, 20 lipca 2010 7:45

 

   Początki Narodowej Demokracji zaskoczą niewątpliwie domorosłych endeków, gdyż endecja nie była bynajmniej od zarania dni swoich katolicka. Agnostyczna wówczas endecja reprezentowała indyferentyzm religijny pozyty- wistycznej proweniencji, połączony wszakże z szacunkiem dla Kościoła jako instytucji narodowej. Stosunek ND do religii cechował czysty pragmatyzm, brakowało składnika o charakterze ideowo-moralnym, widzącego w katolicyzmie wartość najwyższą. Postawę ówczesnych endeków wyrażał członek endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej Deryng mówiąc: „Nacjonalista może być wierzący lub nie, ale nie może być nim ten, komu byłby bliższy Rzym niż ojczyzna".

   Przełom nastąpił dopiero w 1927 r. - Dmowski wydaje broszurę „Kościół, naród i państwo", w której padają znamienne słowa: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, (...) ale tkwi w jej istocie". Religia zostaje proklamowana nie tylko sprawą jednostki, ale także rodziny i narodu. Nacjonalizm w nowym ujęciu okazuje się być jedynie reakcją obronną narodów katolickich przeciw dominacji protestantów. Dmowski przeciwstawia bowiem altruistyczny ponoć nacjonalizm katolicki drapieżnemu ekspansjonizmowi krajów protestanckich („spółek do wyzyskiwania innych narodów") - w ten sposób bezwiednie powtórzona zostaje leninowsko-mussolinistowska teoria walki między „narodami-proletariuszami" a „narodami burżuazyjnymi".

Katolicyzacja nacjonalizmu (jeszcze wyraźniejsza u „młodych" niż u Dmowskiego) sprawia, że wszystkie zjawiska historyczne oceniane są i interpretowane z punktu widzenia interesów katolicyzmu. Ideałem stają się czasy saskie. „Narodowa szkoła historyczna" potępia zarówno oświeceniową Konstytucję 3 Maja, jak i wolnościowe zrywy XIX stulecia. K.S. Frycz w przejawach dbałości o interesy kraju dopatruje się „egoizmu narodowego", zdradzając skłonności do przedkładania ponad nie pomyślności „cywilizacji łacińskiej", a Z. Załęskiego ten ultramontanizm prowadzi wręcz do germanofilii.

Religia

Ewolucja ideowa ND była funkcją rekatolicyzacji młodej inteligencji w Dwudziestoleciu (statystyki wykazują, że w 1913 r. 77 proc. studentów z Kongresówki było ateistami, w 1927 r. niewierzących było już tylko 16 proc.). Socjolog Dyczewski napisał, „że wartości, normy postępowania i symbole religijne przenikały bardzo szeroko obszar kultury, co zezwala na przyjęcie, że religijny system kulturowy w Drugiej Rzeczpospolitej w swych wartościach, normach i symbolach pokrywał się na ogół z systemem kulturowym ludności polskiej". Narzuca się refleksja, że daleko posunięta laicyzacja Polski współczesnej stawia pod znakiem zapytania funkcjonalność integrystycznego modelu nacjonalizmu „tu i teraz".

Naród

Po 1927 r. Dmowski nadal uważał pojawienie się nowoczesnej świadomości narodowej za pozytywny skutek rewolucji francuskiej, ale naród uzyskuje inny wymiar. Ojczyzna i naród uzyskują sankcję religijną i zostają wkomponowane w system światopoglądu chrześcijańskiego. Naród przestaje być uważany za absolut, z którego miano wyprowadzać wszystkie pozostałe wartości, a staje się tylko rodzajem poszerzonej rodziny - dobrem społecznym. Miłość ojczyzny wydedukowana zostaje z miłości bliźniego, która winna być stopniowana w zależności od bliskości danej osoby. W tym miejscu pojawia się różnica między narodowymi radykałami, uznającymi podrzędność jednostki wobec narodu, a „młodymi" SN, którzy byli przeciwnego zdania.

W odróżnieniu od nacjonalizmu niemieckiego jako czynnik łączący jednostki w naród przyjmuje się nie rasę, ale kulturę i tradycję. Rasizm zostaje odrzucony jako forma antychrześcijańskiego materializmu. Antysemityzm endecji ma charakter nie biologiczny, ale kulturowy: Żydzi są zwalczani nie jako przedstawiciele niższej rasy, lecz jako społeczność opierająca się na innej, mniej wartościowej etyce (co jednak nie zmniejszało niechęci do mieszania się nawet z ochrzczonymi Żydami). W podobny sposób określali siebie narodowi radykałowie: „Można być antysemitą nie będąc rasistą. My to właśnie jesteśmy". Może dlatego właśnie polski antysemityzm nie wykroczył poza bojkot gospodarczy...

Odrzucenie rasizmu implikuje też nieobecność w ideologii narodowo-katolickiej panslawizmu (za wyjątkiem może publicystyki poznańskiego „Głosu"), który zastąpiono ideą „panlatynizmu", czyli solidarności wszystkich narodów „cywilizacji łacińskiej" wobec zagrożenia germańsko-protestanckiego. Chrystianizacja nacjonalizmu ND pozbawiła go też ostrza imperialistycznego (nie dotyczy to wszakże Falangi). Tak popularne w Europie lat 30. idee Imperium zostały odrzucone: endecy głoszą szacunek dla innych narodów, choć zastrzegają się przezornie, że dotyczy to tylko narodów „dojrzałych" i pozostawiają sobie furtkę w postaci dopuszczenia „ekspansji kulturalnej".

Państwo

Personalistyczna wizja narodu jako zbiorowości „żyjącej przez jednostki" rzutuje na „neofeudalny" model ustrojowy. Początkowy entuzjazm wobec włoskiego faszyzmu wynikał z jego niezrozumienia i stopniowo przeminął; w 1931 r. faszyzm zostaje z pozycji personalistycznych potępiony przez pismo „Szczerbiec". W tych warunkach „młodzi" zwracają się ku katolicyzmowi jako czynnikowi antydemokratycznemu i antytotalitarnemu równocześnie, Mussoliniego zastępuje Maurras.

Mgliście zaczęły się zarysowywać kontury „Katolickiego Państwa Narodu Polskiego": silny, niezależny od parlamentu, oligarchiczny rząd; decentralizacja i redukcja roli państwa na rzecz samodzielnych korporacji typu średniowiecznego; pluralizm polityczny ograniczony katolicyzacją szeroko rozumianego systemu wychowawczego. Wzorem był model średniowiecznego państwa stanowo-korporacyjnego. Ten ostatni gwarantował przecież silną, pochodzącą od Boga władzę jego głowy, która jednak nie wkraczała w dziedzinę światopoglądu i religii. Tu dominował Kościół. Społeczeństwo, stanowiące zbiór stanów i korporacji, rządzących się swoimi prawami, nie było narażone na nieograniczone oddziaływanie dyspozycjonizmu państwowego i posiadało na różnych szczeblach autonomię w stosunku do zwierzchniej władzy państwowej. Brak tu Wodza, monopartii, biurokracji - atrybutów nowoczesnego totalitaryzmu. Idea dyktatury państwa zostaje zastąpiona utopijną koncepcją dyktatury idei (Bocheński proponuje tu termin „monoideowość"). Przyczyny antytotalitarnego nastawienia SN okazują się zresztą być wręcz trywialne - to autorytatywizm rządów Piłsudskiego utrudniał „młodym" z OWP szermowanie hasłami propagującymi silną władzę w kraju. Taka w Polsce już była.

Istotne różnice w tych kwestiach możemy natomiast zaobserwować w środowiskach narodowo-radykalnych. Projekty ONR-ABC są niejako konkretyzacją koncepcji „młodych" - „umiarkowani radykałowie" stali na gruncie monarchii, w której punkt ciężkości znajdowałby się w oligarchicznym senacie; swobody obywatelskie miały być chronione przez niezależne sądy, system samorządów, podział władzy. Dla odmiany Falanga szła z duchem czasu propagując państwo totalne rządzone przez Wodza przy pomocy monopartii. Instytucjonalizacja życia społecznego i indoktrynacja w duchu „katolickiego totalizmu" miała doprowadzić do unifikacji narodu i stworzenia „nowego typu człowieka", co z kolei stałoby się punktem wyjścia dla ekspansji imperialnej.

Gospodarka

Wymarzony przez „młodych" ustrój gospodarczy również przypominał średniowieczne wzory. Najbardziej charakterystyczną cechą programów gospodarczych OWP-SN był specyficzny antykapitalizm, wypływający z antymaterializmu, antyindywidualizmu i antyindustrializmu. W tej dziedzinie endecja przeszła znamienną ewolucję - jeszcze „Myśli nowoczesnego Polaka" są zasobne w liczne opinie stanowiące wyraz aprobaty dla rozwoju materialnego Zachodu przy jednoczesnym karcącym stosunku do wielu cech mentalności polskiej, sprzecznej z wymogami stawianymi przez ten krąg cywilizacyjny. W „Zagadnieniach rządu" Dmowski potępia już zarówno laicyzację, jak i „materializowanie się" społeczeństw, związane z rozwojem ich bazy materialnej. Niejako w ślad za Weberem Dmowski konstatuje symbiozę protestantyzmu i kapitalizmu, z czego wyprowadza wniosek o sprzeczności pomiędzy polskim ethosem narodowym a modelem kapitalistycznym. Wolna gra gospodarcza oznacza poddanie narodów słabszych dyktatowi czołówki, nieskrępowany liberalizm atomizuje wspólnotę narodową i zaciera etniczne odrębności (M. Reutt: „Wszędzie liberalizm był czynnikiem penetracji obcego kapitału, za którym stały polityczne wpływy obcych i własna niemoc"). Wielki Kryzys 1929 r. został więc przez „młodych" przyjęty z radością - widziano w nim jutrzenkę nowej, postindustrialnej ery.

Pojawia się hasło „Trzeciej Drogi": „Ustrój, w którym własność prywatna istnieje, ale podporządkowana jest nadrzędnym wymaganiom interesu społecznego lub narodowego, nie może się już nazywać kapitalizmem" (A. Doboszyński, 163). Odrzucano tu jednak faszystowskie koncepcje gospodarcze ze względu na ich etatyzm, źródłem natchnienia był raczej korporacjonizm zawarty w społecznej nauce Kościoła („Quadragesimo Anno", 186-188) i „ruralizm" G.K. Chestertona. Oprócz katolickiej myśli społecznej wpływ na korporacjonistyczną opcję SN miały też zarówno drobnomieszczański antykapitalizm bazy Stronnictwa, jak i fakt, że wielki kapitał w Polsce był na ogół obcy.

Najprecyzyjniej ów „oparty na Objawieniu" program gospodarczy sformułował Adam Doboszyński w „Gospodarce narodowej". Antypatia Doboszyńskiego do indywidualistyczno-materialistycznego modelu życia nie tylko skłania go do postawienia sobie za cel likwidacji wielkiego kapitału (przy jednoczesnym zachowaniu drobnej i średniej własności), ale wręcz do zakwestionowania samej idei postępu. Na 33 lata przed słynną pracą E.J. Mishana „The Cost of Economic Growth" Doboszyński domaga się powstrzymania wzrostu gospodarczego! Także wiele innych jego postulatów mogłoby dziś znaleźć poklask zwolenników Schumacherowskiego „Small Is Beautiful", wyznawców „Trzeciej Fali" Tofflera i ortodoksyjnych „Zielonych". Autor „Gospodarki narodowej" proponuje wywłaszczenie wielkiego kapitału bez odszkodowania, dekoncentrację wszelkich form produkcji („rentowność jest wprost proporcjonalna do bliskości właściciela"), uwłaszczenie proletariuszy przez połączenie pracy i kapitału na wzór cechowy, reglamentację współzawodnictwa gospodarczego indywidualnych wytwórców, ograniczenie gospodarczych funkcji państwa do niezbędnego minimum i umiarkowaną reformę rolną (przy zachowaniu ziemiaństwa jako warstwy społecznej)... Nietrudno zauważyć, że program ten był antykapitalistyczny nie będąc zarazem socjalistycznym - trafniej nazwać by go „neofeudalnym". Ideał gospodarczy Doboszyńskiego był daleko bliższy Polsce szlacheckiej niż rozwiniętym współczesnym mu krajom świata.

Z tezami „Gospodarki narodowej" bez zastrzeżeń zgadzał się ONR-ABC, natomiast Falanga znowu manifestowała swoją odrębność. Przeciwstawiając doktrynerstwu „młodych" wyczucie sytuacji falangiści proponowali forsowną industrializację Polski, której dokonać zamierzali dzięki państwowej własności środków produkcji i centralnemu planowaniu. Idea „małych warsztatów" była wręcz wyszydzana (M. Dietrich).

Wówczas, w warunkach wyścigu przemysłowego totalitarnych mocarstw, cywilizacyjny eskapizm „młodych" narodowców był po prostu samobójczy; warto wszakże zastanowić się nad wykorzystaniem tych idei dziś, gdy rewolucja informatyczna otwiera wrota społeczeństwa postindustrialnego.

...Pod względem światopoglądowym obok nacjonalizmu katolickiego wyróżnić możemy również nurty świecko-pozytywistyczny (wczesna ND, niektóre formacje piłsudczykowskie, częściowo ZLN) i pogański (przedwojenna „Zadruga", powojenny „Światowid"). Klasyfikacja przeprowadzona według kryterium propozycji ustrojowych nie pokrywa się już z powyższą. Pierwszą formacją będą narodowi liberałowie ze Związku Ludowo-Narodowego i skrzydła „starych" w SN, łączący tradycyjny nacjonalizm z akceptacją kapitalizmu. Druga tendencja to optujący za Nowym Średniowieczem nacjonaliści - korporacjoniści („młodzi" SN, tudzież różniący się od pierwszych radykalizmem działania ONR-ABC), dla których „nacjonalizm był formą realizacji zasad katolicyzmu w życiu społeczeństwa". Trzecią wreszcie frakcję stanowią nacjonalrewolucjoniści z Falangi i Zadrugi, apoteozujący zerwanie z przeszłością, zmianę, dynamikę w imię bądź to neopoganizmu, bądź to natrętnie eksponowanego katolicyzmu.

Nie ulega wszakże wątpliwości, iż najbardziej oryginalną (a przy tym jakże spójną) propozycją ideową był „nacjonalizm chrześcijański", stanowiący nie „trzecią" nawet, ale „czwartą drogę" - alternatywę wobec marksizmu, liberalizmu i faszyzmu zarazem. Nie wydaje się, by po upływie półwiecza ekshuymowana ideologia narodowo-katolicka nadawała się do wykorzystania en bloc, tym niemniej możemy wyłuskać z niej wiele ziaren mogących zakiełkować w naszej właśnie epoce. Tak jak bowiem rodzima Zadruga okazuje się być prekursorską względem zachodniej Nowej Prawicy, tak narodowi rewolucjoniści spod sztandaru Third Position winni szukać natchnienia w ideach „młodych" SN czy ONR-ABC.

Jarosław Tomasiewicz


Źródło: „Arcana" nr 1(19)/1998, „ROJALISTA - Pro Patria" nr 22/23, wersja skrócona


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Organizacja Polska - Pokolenie Polski Niepodległej

wtorek, 20 lipca 2010 7:30


   Tym określeniem zaczęli posługiwać się współcześni na określenie pokolenia, które urodziło się na progu XX wieku.

   Pokolenie to wyrastało w pozytywistycznych ideałach pracy u podstaw, a młodość hartowana była w szeregach ochotniczych formacji wojny 1920 roku. Byli to twórcy tzw. Rzeczpospolitej Akademickiej, zintegrowanego pod względem ideowym środowiska studenckiego z którego wyrósł Ruch Młodych, samorzutna, apolityczna formacja ideowo-wychowawcza, wolna od sporów i knowań politycznych, patrząca w przyszłość, a nie w przeszłość. Reprezentująca bezinteresowny, czysty w swej formie interes narodowy. OWP mający zintegrować wszystkie warstwy polskiego społeczeństwa w karny, jednolity i zdyscyplinowany ruch świadomy swych celów wobec narodu, zamiast kuźnią liderów i przywódców partyjnych SN stał się platformą dzięki której Ruch Młodych wyszedł z murów akademickich, obejmując swym zasięgiem prowincję i zjednując sobie swą bezinteresownością pokolenie młodych bez względu na status społeczny czy materialny.

    SN nie wykorzystało szansy jaką dawało OWP, Ruch Młodych zrobił to samoistnie, obejmując swymi wpływami cały kraj, stając się największym potencjałem jaki znała II RP.

 Pokolenie Polski Niepodległej wciągu wielu lat kształtowania, od pamiętnego buntu studentów 1916 roku, którą to datę sami uznawali za początek Ruchu Młodych, poprzez okopy wojny z bolszewikami, walki uliczne pamiętnego maja 1926 roku, studenckie strajki i akcje antysanacyjne krwawo tłumione przez władze po nieszczęsny finał współpracy w ramach OWP z roku 1933, wytworzyli własną, odrębną tożsamość, tradycję i historię uświęconą krwią poległych w dziesiątkach anonimowych, frontowych mogiłach, zabitych przez sanacyjnych zamachowców 5 korporantów, wreszcie 19 zamordowanych w wyniku ulicznych starć z przeciwnikami ideowymi na ulicach polskich miast. Ofiary te, skrzętnie wyliczone przez propagandę Ruchu Młodych, stały się nagłośnionym symbolem walki o cel najwyższy - Wielką Narodowo-Katolicką Polskę.

  W tym krótkim okresie czasu Pokolenie Polski Niepodległej dojrzało, zahartowało się i okrzepło, stając się świadomym swego potencjału i celów, zhierarchizowanym i zdyscyplinowanym organizmem ideowo-politycznym.

 Sekcje Młodych SN, w ramach których chcieli zamknąć i spacyfikować prężny Ruch Młodych, starzy działacze obozu narodowego był zbyt ciasny pod względem ideowym i okazał się być jedynie narzędziem, którym politycy SN-u posługiwali się w trakcie kampanii wyborczych czy ochrony wieców politycznych. Był to duży błąd ze strony przywódców SN, którzy miast dokooptować liderów Ruchu Młodych do kierownictwa partii, woleli środowisko to stłamsić i spacyfikować traktując czysto instrumentalnie.

Ruch Młodych był zbyt silny a jego liderzy zbyt dojrzali i świadomi sytuacji, żeby pozwolili sobie na realizację intryg SN. Już na przełomie roku 1933/1934 z SN-u wyszła spora grupa młodych, którzy pod przewodnictwem dr Zdzisława Stahla założyła odrębną organizację, Związek Młodych Narodowców, który w wkrótce doceniony przez sanację, poszedł z nią na współpracę.

   Wreszcie 14 kwietnia, po ogłoszeniu Deklaracji Ideowej, powstał Obóz Narodowo-Radykalny, który z miejsca stał się liderem w środowisku akademickim, pozbawiając tym samym SN swojego głównego potencjału, młodzieży studenckiej.  TG

Ruch Młodych wybił się na niezależność.

Źródło: Dziennik Piaseckiego


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Nazwa ONR w III RP

wtorek, 06 lipca 2010 17:57


Obóz Narodowo-Radykalny po roku 1993

    Nazwa „Obóz Narodowo-Radykalny" w ciągu ostatnich kilku lat dość silnie wpisała się w mapę polskiego „ruchu narodowego", tj. odwołującego się (przynajmniej nomina- lnie) do dziedzictwa przedwojennych środowisk ende- ckich i narodowo-radykalnych. Bodaj najbardziej spektaku- larne akcje z udziałem współczesnego ONR to pierwsza manifestacja w Myślenicach (w roku 2005) oraz wydarzenia we Wrocławiu 12 kwietnia roku 2008, kiedy to władze przerwały legalną demonstrację antykomunistyczną, a policja zatrzymała ponad 200 osób, także z NOP, MW, OWP oraz niezrzeszone. Istotny był też pochód 11 listopada 2009, który zgromadził ponad pół tysiąca osób z różnych ugrupowań, ale zorganizowany i prowadzony był przez Obóz.

   Prawda jest jednak taka, że „ten" ONR, o którym tu mówimy, funkcjonuje dłużej niż od roku 2005 - wtedy natomiast miał miejsce oficjalny zjazd zjednoczeniowy, w ramach którego grupy z kilkunastu miast (działające dotąd niezależnie) potwierdziły, że stanowią ogniwa jednego Obozu. Można więc powiedzieć, że „ten" ONR to szczególny przypadek ogólnopolskiej formacji, która powstała oddolnie, organicznie, do tego z inicjatywy ludzi nieraz bardzo młodych, prawie bez udziału działaczy „po trzydziestce" (dopiero teraz niektórzy aktywiści dobiegają tego wieku).

Określenia „ten" ONR użyłem nie tylko po to, by odróżnić organizację od przedwojennego ugrupowania o tej nazwie, ale również dlatego, że do skrótu ONR odwoływało się w okresie III RP kilka stowarzyszeń. Można więc mówić o:

- ONR Sławomira Dawidowskiego, Seweryna Boska i Adama Gawrońskiego, powstałym w roku 1993;
- ONR Adriana Sobczyka i Adama Mierzwy, działającym od 1995 do 2004 roku na Górnym Śląsku (w szczególności w Czeladzi);
- ONR - Podhale, niezależnym stowarzyszeniu aktywnym w Zakopanem i okolicach, współpracującym oficjalnie z...
- ...ogólnopolskim ONR, jedynym funkcjonującym obecnie pod tą nazwą, a wywodzącym się (co prawda - pośrednio) z grupy powołanej w roku 1993.

Zacznijmy więc od początku. Wiadomo, że po roku 1989, na fali zachłystywania się rzekomą wolnością, świeżo zdobytą demokracją, pluralizmem politycznym i nadziejami na takie czy inne przemiany, powstało sporo ugrupowań politycznych, nieraz bardzo radykalnych i bardzo małych. Zjawisko wyrastania ogromnej ilości efemerycznych partii, partyjek i stowarzyszeń bardzo mocno udzieliło się „ruchowi narodowemu", próbującemu zmartwychwstać po latach politycznego niebytu. Są oczywiście tacy (Wojciech Wierzejski?), którzy przez „ruch narodowy" rozumieją jedynie „linię sukcesyjną" wiodącą od przedwojennego SN, poprzez Jędrzeja i Macieja Giertychów, następnie „senioralne" SN i reaktywowaną MW, aż do LPR, zaś wszystkie inne formacje „narodowe" uważają za niewarte uwagi, groteskowe, niepoważne lub agenturalne.

Oczywiście to bardzo zawężony punkt widzenia, przypomnijmy więc że już od roku 1980 działało Narodowe Odrodzenie Polski, zaś w latach 90-tych do nacjonalizmu odwoływały się m.in. SN „Szczerbiec", SN „Ojczyzna", Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, Ruch Katolicko-Narodowy, Związek Białego Orła, Narodowy Front Polski, Polska Wspólnota Narodowa, Polski Front Narodowy, czy właśnie: Obóz Narodowo-Radykalny. Niektóre z tych ugrupowań próbowały funkcjonować jako „normalne" partie polityczne, inne miały de facto charakter zbliżony do bojówkarskiego czy subkulturowego i oddziaływały na kilkudziesięcio-, kilkusetosobowe grupy młodzieży (przede wszystkim z kręgów skinheads). Były to w ogóle bardzo barwne czasy dla ruchu narodowo-radykalnego - czasy ostrych, bezkompromisowych haseł (nawiązujących zwłaszcza do tematyki żydowskiej), zaskakująco nieraz naiwnych programów wybawienia kraju od wszelkiego zła, ulicznych bijatyk, kserowanych zinów i domorosłych „wodzów" podejrzanego autoramentu, takich jak Bolesław Tejkowski, czy Janusz Bryczkowski. Warto dodać, że w tym pionierskim okresie oddziaływanie „politycznej poprawności" nie było tak silne jak obecnie, stąd w wielu sprawach można było sobie pozwolić na więcej. Również sam ruch nie był na tyle dojrzały, by móc z dystansem spojrzeć na głoszone przez siebie hasła.

Tego typu opracowanie nie jest może miejscem właściwym na osobiste refleksje, niemniej jednak gdy przegląda się amatorskie publikacje (ziny, ulotki, kasety zespołów muzycznych etc.) z tamtych czasów, wówczas łatwo o nieokreślony sentyment, czy uśmiech politowania, nie pozbawiony jednak sympatii. Mówię tu oczywiście o tym „podziemnym", młodzieżowym ruchu narodowym, a nie np. o profesjonalnych pismach w rodzaju „Myśli Polskiej", „Słowa Narodowego", czy „Prawicy Narodowej". Z takiego bowiem właśnie młodzieżowego, podziemnego podłoża wyrósł ONR.

„Brunatna Księga" Marcina Kornaka w rozdziale poświęconym wydarzeniom roku 1993 donosi, że: 1 lutego w siedzibie katolicko-narodowego Stowarzyszenia PAX, stanowiącego bezpośrednią kontynuację przedwojennego faszystowskiego Obozu Narodowo-Radykalnego Falanga (twórcą i liderem obu był przez lata Bolesław Piasecki), odbył się zjazd nazi-skinów z całej Polski, m.in. z Warszawy, Wybrzeża, Wrocławia, Krakowa i Puław. Utworzyli oni wspólną neofaszystowską organizację pod nazwą Ofensywa Narodowo-Radykalna. Obecni na zjeździe wydali wspólną deklarację programową, w której zapowiadali „permanentną rewolucyjną akcję skierowaną przeciw siłom zagrażającym bytowi i tożsamości Narodu Polskiego". W dniu zjazdu doszło w mieście do kilku incydentów z udziałem przybyłych na niego skinheadów.

Właśnie ta grupa to ONR (później określający się już jako „Obóz") powołany przez takich działaczy, jak Seweryn Bosek, Sławomir Dawidowski, czy Artur Gawroński z Częstochowy. ONR ten wydawał m.in. magazyny „Ognisty Krzyż" i „Naprzód". Były to amatorskie pisemka o charakterze „zinowym", czarno-białe, xerowane i rozprowadzane wysyłkowo, bądź w trakcie manifestacji, koncertów etc. Oba pisma obficie ilustrowano symbolami ręki z mieczem, krzyża celtyckiego czy mieczyka Chrobrego, a także grafikami propagującymi (nieraz w niewybredny sposób) treści antyżydowskie, antymasońskie i nacjonalistyczne. Wnosząc po artykułach publikowanych w „Ognistym Krzyżu" i „Naprzód", wachlarz inspiracji ówczesnego ONR był nieco eklektyczny, acz nie odbiegał od tego, co można znaleźć w zbliżonych ideologicznie gazetkach z tego okresu. Podstawą była oczywiście doktryna przedwojennych narodowych radykałów (zarówno „ABC", jak i Falangi) oraz w ogólności polska myśl narodowa (OWP, Roman Dmowski, SN, a nawet „stara" endecja). Prócz tego pisma publikowały (utrzymane co najmniej w tonie „przyjaznego zainteresowania") teksty na temat faszystowskich Włoch Mussoliniego, systemu apartheidu w RPA, czy amerykańskiego Ku-Klux-Klanu. Kokietowano również subkulturę skinheads, zresztą niektóre artykuły pisywali autorzy jawnie się z nią utożsamiający. Duża część publikowanych materiałów to były przedruki manifestów przedwojennych. Sporą część każdego numeru zajmowały reklamy zaprzyjaźnionych ugrupowań (m.in. NOP), czasopism („Szaniec Chrobrego", „Sztafeta", „Falanga", „Jutro", „Sprawy Narodu"), czy dystrybucji i wydawnictw („Ojczyzna", „Rycerze Orła Białego", „MbiB - Biedrzyk", „Odłam Skiny").
Ówczesny ONR działał w kilku miastach (m.in. Częstochowa, Krosno, Suwałki, Rzeszów, Tarnów, Przemyśl), organizował także ogólnopolskie i regionalne zjazdy (np. 4 sierpnia 1996 w Krośnie). Co ciekawe, organizacja używała kilku nazw: oprócz wspomnianego na początku rozwinięcia „Ofensywa Narodowo-Radykalna" i tradycyjnego „Obóz Narodowo-Radykalny", występowała także jako „ONR - FNR" (tj. Front Narodowo-Radykalny), zaś na okładkach „Naprzód" widniała informacja, że wydawcą jest „Obóz Narodowej Rewolucji".
Niektórzy aktywiści ONR udzielali się także w Stronnictwie Narodowym i tu warto wspomnieć o pewnej kontrowersyjnej sytuacji. Otóż w numerze drugim pisma „Naprzód" (listopad 1995 - marzec 1996) zamieszczono list podpisany przez Sekretarza Zarządu Głównego SN, Macieja Winiarskiego. W liście tym potępiona została publicystyka pisma „Ognisty Krzyż" (jako „przemieszanie hitlerowsko-rasistowskich haseł rodem z USA lub RPA z przedwojennymi programami ONR'u"), a redaktora naczelnego usunięto z szeregów SN.

Prawdopodobnie pod koniec lat 90-tych działalność ONR zamarła, ale w 1999 roku rozpoczęła się „nowa era" - oto bowiem do podupadłego oddziału częstochowskiego, prowadzonego przez Artura Gawrońskiego, wstąpiła grupa skinheadów, spośród których bardzo mocno wyróżniali się aktywnością bracia Litwiniakowie, a w szczególności młodszy, Karol, wówczas piętnastoletni. Częstochowski ONR został szybko opanowany i przejęty przez to młodzieżowe środowisko, sam zaś Artur Gawroński usnięty z władz stowarzyszenia. W tym momencie warto zaznaczyć, że teraźniejszy ONR wywodzi się z ówczesnej grupy częstochowskiej, a zatem istnieje pewna bardzo wąska nić sukcesji (co prawda nie jest to nić personalna), łącząca obecnie działającą organizację o tej nazwie z formacją powstałą w roku 1993. Rzecz jasna ludzie są już zupełnie inni.
ONR Częstochowa w odnowionej postaci to była bardzo radykalna organizacja, o której Karol Litwiniak mówił w roku 2004 (w wywiadzie dla pisma „Tylko Polska"): - Dziewięćdziesiąt procent członków Obozu Narodowo-Radykalnego rekrutowało się ze środowiska, które nazywało siebie „skinheadami". Byliśmy tak określani również przez innych ludzi - z zewnątrz. Warto dodać, że to m.in. aktywiści częstochowskiego ONR wystąpili w słynnym wydaniu programu „Zoom", poświęconym „skinheadom z Częstochowy".
Cytując dalej Karola Litwiniaka: - Działaliśmy tylko na terenie Częstochowy, nie mieliśmy oddziałów terenowych. Jednak utrzymywaliśmy kontakty ze skinheadami z całej Polski. Razem z nimi organizowaliśmy manifestacje oraz zjazdy, na których ustalaliśmy szczegóły dotyczące organizacji tych manifestacji, a poza tym opracowywaliśmy plany działania. (...) Poza tym wydawaliśmy własną, 14-stronicową gazetkę, której pierwotna nazwa brzmiała „SKINHEAD". Po wydaniu 10 numerów zmieniliśmy jej tytuł na „Bunt Narodowo-Radykalny".
Częstochowski ONR z pewnością nie był intelektualnym klubem dyskusyjnym, ograniczającym się do debatowania o meandrach doktryn politycznych. Podstawą działania tej grupy były akcje o charakterze propagandowo-demonstracyjnym (wszelkiego rodzaju plakatowania, rozprowadzanie ulotek, organizacja pochodów i pikiet). Miała miejsce także walka uliczna z przeciwnikami, wywodzącymi się głównie z subkultury punk i stowarzyszeń anarchistycznych, „antyfaszystowskich" etc. Oprócz takich działań organizowano m.in. czyszczenie grobów żołnierzy podziemia niepodległościowego, referaty i wykłady i np. akcję zbiórki zabawek dla domu dziecka. Co ciekawe, grupa była (wewnętrznie, ponieważ w świetle prawa nie istniała jako zarejestrowane stowarzyszenie) dość sformalizowana - wydawała deklaracje członkowskie, dzieliła się na sekcje etc.

Działalność częstochowskiego ONR podupadła nieco w roku 2002 (kiedy to jeden z członków trafił na krótko do więzienia, skazany za udział w nalocie na prowadzonych przez aktywistów lewackich „squot"), jednak organizacja wróciła później do życia. Gdzieś w latach 2003 - 2004 miał miejsce krótki flirt niektórych ONRowców (nie tylko częstochowskich) z Leszkiem Bublem i jego PPN. Wyrazem tego jest np. cytowany wywiad K. Litwiniaka dla „Tylko Polski", w którym mówi on o ONR w czasie przeszłym. Wydaje się jednak, że jest to sformułowanie nieścisłe, być może wynik jakiejś manipulacji redaktorów „TP"? (wywiad, o ile mi wiadomo, nie był prowadzony na żywo).
Częstochowski ONR blisko współpracował ze Stowarzyszeniem „NIE dla UE", a także z mecenasem Mazankiem, późniejszym działaczem Samoobrony. W 2000 roku rozpoczął działalność ONR Sosnowiec, a równocześnie uaktywniło się dwóch młodych ludzi z Opolszczyzny - Tomasz „Piasecki" Greniuch (obecnie magister historii i autor książki o Henryku Flame, ps. „Bartek") i Tomasz Wachowski, który po dobrych kilku latach działalności opuścił szeregi ONR i obecnie udziela się w związku zawodowym „Solidarność".
Założyciele brzeskiej filii Obozu spotkali się przypadkiem we wrześniu 2000 roku w Brzegu (uwagę Wachowskiego zwróciła naszywka ze znakiem Falangi, którą nosił Greniuch). Obaj już wcześniej, niezależnie, nawiązali współpracę ze środowiskami narodowymi. Wachowski uczestniczył 3 maja roku 2000 w manifestacji na Górze świętej Anny, latem zaś w obozie wspomnianego już Stowarzyszenia „NIE dla UE" (gdzie poznał działaczy ONR). Greniuch nawiązał kontakt z Narodowym Odrodzeniem Polski i dystrybucją „Młody Narodowiec" prowadzoną przez Tadeusza Zielińskiego, aktywistę tej partii, uczestniczył również w II Rewolucyjnym Obozie Narodowego Odrodzenia Polski w Dusznikach Zdroju w wakacje roku 2000. Sam (jeszcze przed spotkaniem z Wachowskim) wydał pierwszy numer pisemka „Awangarda Państwa Narodowego". Później magazyn ten był wydawany wspólnie przez obu działaczy.
Jak wspomina Greniuch: Święto Niepodległości, dzień 11 listopada 2000 roku brzescy narodowcy uczcili będąc na uroczystości zorganizowanej przez Dzielnicę Dolnośląską Narodowego Odrodzenia Polski we Wrocławiu, będąc jedynymi przedstawicielami z Opolszczyzny. Po tym wydarzeniu ukazał się drugi numer „Awangardy" (sygnowany jeszcze przez Koło Młodych NOP - Ziemia Brzeska). Na numer, który ukazał się w nowym 2001 roku, składało się 20 stron formatu A4 a w nim stałe działy: „Człowiek Idei" czyli biogram znanego narodowca, w tym wypadku Adama Doboszyńskiego; „Z dziejów narodowego-radykalizmu" - dział przedstawiający przełomowe wydarzenia z historii przedwojennego ONR oraz „Nasza Walka", będący opisem bieżącej działalności, takiej jak udział w manifestacjach, pikietach itd. Ciekawostką numeru był tekst „Tradycja katolicka" autorstwa Pawła Bolka z Dusznik Zdroju, który po serii wewnętrznych przemian obecnie związany jest ze skrajną lewicą.
Z Wachowskim i Greniuchem współpracowały w tym czasie także inne osoby, między innymi miejscowi skinheadzi. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach subkultura ta miała się dużo lepiej niż obecnie, była liczniejsza i bardziej popularna wśród młodzieży oraz w znacznie większym stopniu przenikała tzw. „ruch narodowy" (w tym również takie organizacje jak Młodzież Wszechpolska). Oczywiście z biegiem czasu zaczęło narastać przekonanie, że „skinerka" jest dla ruchu narodowego kulą u nogi, zjawiskiem niepożądanym, kompromitującym środowisko. ONR nigdy nie odciął się ostentacyjnie od tej subkultury, jakkolwiek w miarę upływu lat proporcje uległy zmiane i teraz spora (większa?) część członków organizacji nie jest skinheadami, nie wywodzi się z tego ruchu, a nawet nie sympatyzuje z nim. Być może to po prostu naturalna ewolucja i skutek napływu ludzi innego typu.
Jak wspomnieliśmy, początkowo brzescy narodowcy znajdowali się pod wpływem NOP, później jednak związali się ze środowiskiem ONR. W roku 2003 Tomasz Wachowski udzielił wywiadu dla pisma „Narodowa Alternatywa", w którym mówił m.in.: Nazwa "ONR" funkcjonuje na Opolszczyźnie od 2001r. (...) Zaznaczę, że na Opolszczyźnie nie istniała wówczas żadna inna grupa narodowa. Chcieliśmy współpracować z dolnośląskim NOP-em. "Współpraca" ta była mało owocna. Dla nas liczyło się, aby zintegrować wszystkich narodowców. Było to sprzeczne z duchem ultrakatolickiego NOP-u, przechodzącego wówczas okres "odskinowywania" ruchu. (...)Dlatego jedyną możliwością realizacji celów jakie przed sobą postawiliśmy, było powołanie grupy areligijnej, nie odwracającej się od tzw. "skinów" (którzy często są lepszymi Polakami niż niejeden mądrala). Poza tym ONR nie jest partią polityczną, i nie można mówić, że Obóz rozbija Ruch Narodowy. ONR jest ruchem integrującym, informacyjnym i edukacyjnym, który przeprowadza bardzo dużo akcji. Wachowski nawiązuje tu pośrednio m.in. do faktu, że ONR, o którym mowa, nie był ruchem wyraźnie ukierunkowanym religijnie, jednoznacznie katolickim. Prawda jest taka, że duża część działaczy tego okresu nie deklarowała się jako osoby wierzące, pomimo oczywistego szacunku dla wartości cywilizacji łacińskiej i tego, co w historii Polski związane z katolicyzmem.
Można tu poczynić krótką wzmiankę na temat działającego osobno ONRu z Czeladzi - prowadzonego przez Adriana Sobczyka i Adama Mierzwę (który w 2004 roku zginął w wypadku samochodowym). Trudno znaleźć materiały na temat działalności tego środowiska, wydawało ono pisemko „Błyskawica" i było nastawione „pro-socjalnie". Wszystko wskazuje na to, że była to grupa o niewielkiej sile oddziaływania, a obecnie już od dawna nie istnieje. Interesujące, że podobno środowisko to nawiązało swego czasu kontakt z Zygmuntem Przetakiewiczem, szefem przedwojennych bojówek RNR Falanga. Wróćmy jednak do "głównonurtowego" ONR.
Otóż oprócz wspomnianego wcześniej mecenasa Mazanka, swoistym „dobrym duchem" organizacji był wtedy Jerzy Czerwiński, poseł Ruchu Katolicko-Narodowego. Wachowski mówił o nim następująco: Co do współpracy z posłem Czerwińskim, można powiedzieć tak: mamy wspólnych wrogów, i póki co - nasze wspólne działanie jest twórcze. Autorytet posła połączony z radykalizmem narodowców tworzy mieszaninę wybuchową. Nie ukrywam, że jesteśmy bardzo znani w rejonie. Jedną z akcji ONR (obchody 11 listopada) opisała w roku 2003 „Nowa Trybuna Opolska", bynajmniej nie stroniąc od złośliwości i ironii.. Niejaki Rafał Wietoszko pisał wówczas: Przed opolską katedrą zbiera się grupa skinheadów. Jest sobota, po godz. 18. Większość z nich to nastolatkowie. Na nogach mocne buty (niektóre lśnią nowością, założone jakby specjalnie na tę okazję), głowy ogolone, charakterystyczne krótkie kurtki. Część z nich ma na rękach opaski z emblematem Obozu Narodowo-Radykalnego. Są tu nie tylko opolscy skini. Przyjechali też ich koledzy z Częstochowy i Sosnowca. W sumie około setki ludzi. (...)Pod pomnikiem Bojowników o Polskość Ślaska Opolskiego poseł Czerwiński wraz z Tomaszem Greniuchem z ONR składają kwiaty. (...)Poseł mówi jeszcze o zakusach na Śląsk Opolski. Po nim Tomasz Greniuch przekonuje, że naród jest osamotniony, że będziemy kolejną republiką UE, jeśli wejdziemy do Unii. Mikrofon dostał jeszcze Tomasz Wachowski, który z kolei przekonywał kolegów, że jesteśmy: "poletkiem doświadczalnym kosmopolitycznej Europy".

W tamtym okresie (autor niniejszego opracowania związał się z organizacją w sierpniu roku 2004 - i jeszcze zdążył wyraźnie zauważyć zjawisko, o którym będzie mowa) struktura ONR była bardzo specyficzna. W istocie rzeczy była to luźna konfederacja powstających oddolnie i niezależnie autonomicznych grup lokalnych, w dużym stopniu opartych o subkulturę skinheads, choć nie tylko. Nie było (a przynajmniej autor nie przypomina sobie nic takiego) prawie żadnego formalizmu, takiego jak oficjalni prezesi, zarządy, sekcje, wydziały, biura, komisje itp., nie było także deklaracji członkowskich, a nawet jakichś innych form jednoznacznego potwierdzenia członkostwa. Po prostu kolejni młodzi ludzie przyjeżdżali na manifestacje i spotkania towarzyskie, zapoznawali się ze sobą, przyjeżdżali po raz kolejny... aż w końcu okazywało się, że „wtopili się" w całość. Co prawda np. na Opolszczyźnie trzech działaczy (T. Greniuch, T. Wachowski i K. Fąferko) zarejestrowało ONR Brzeg jako stowarzyszenie lokalne (zresztą po pewnych perturbacjach związanych z nieprzychylną postawą władz), ale był to raczej kwestia potrzeby posiadania wygodnego szyldu. W gruncie rzeczy ślad tych dość „chaotycznych" czasów pozostał jeszcze w ONR - wyrazem tego jest np. częste posługiwanie się przez działaczy (np. w artykułach publikowanych na stronie głównej) pseudonimami typowymi dla młodzieżowych grup koleżeńskich, a nie prawdziwymi personaliami.
Dopiero rok 2005 przyniósł oficjalne powstanie (ale bynajmniej nie rejestrację) ogólnopolskiego ONR. Istniało już wówczas np. prężne środowisko górnośląskie, powoli wyrastały kolejne (np. warszawskie, wrocławskie). Od tego czasu nieomal każdy kolejny zjazd zmierzał ku temu, by organizacja działała w sposób bardziej zdyscyplinowany, zhierarchizowany i sformalizowany - co się w dużej mierze udało. Istnieje funkcja Kierownika Głównego (obecnie kol. Artur Zienkiewicz), do różnych zadań są powołane komisje i sekcje etc. Niektóre oddziały funkcjonują nieformalnie z prawnego punktu widzenia, inne zarejestrowane są jako stowarzyszenia lokalne.
Ten sam rok 2005 przyniósł także pamiętny pochód w Myślenicach, co do którego można się spierać, czy był sukcesem, czy porażką. Fakt faktem, że zamiast deklarowanych 100 lub więcej osób na miejsce dotarło niespełna 40, ale i tak manifestacja odbiła się szerokim echem w kraju, a nawet poza jego granicami. Warto zaznaczyć, że w pochodzie wzięło udział kilku przedstawicieli działającego wówczas w Krakowie tzw. Ruchu Narodowo-Radykalnego. Zwracali oni uwagę swoim umundurowaniem, będącym dość wierną kopią przedwojennego munduru ONR, co prawda w nieco innym kolorze. Później grupa ta rozpadła się, a w Krakowie powstał po prostu oddział ONR.

Ostatnie pięciolecie działalności Obozu to czas postępującej ewolucji. ONR do pewnego stopnia zmienił język swoich haseł, ulotek, plakatów i artykułów, odbiegając dość daleko od pierwotnego „nieokrzesania" i nie zawsze przemyślanego „radykalizmu" lat 90-tych. Jednocześnie do organizacji zaczęli napływać ludzie nie wywodzący się z subkultury skinheads, a przy tym często o poglądach „konserwatywno-prawicowych", niekiedy także wyraźnie wolnorynkowych, nastawieni na „intelektualizację" ruchu i polepszenie jego pozycji (oraz wizerunku) na mapie ugrupowań prawicowych. Wyrazem tego jest np. fakt, że od pewnego czasu informacje z działalności ONR publikowane są na portalu konserwatyzm.pl, w ONR jest także kilku działaczy Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego (oraz konkurencyjnej Organizacji Monarchistów Polskich), organizacja współpracuje także z kombatantami Narodowych Sił Zbrojnych, organizuje prelekcje, wykłady i dyskusje (specjalizuje się w tym zwłaszcza oddział wrocławski). Z drugiej strony stowarzyszenie wciąż przeprowadza bardzo dużo manifestacji, pikiet, obchodów rocznicowych, akcji plakatowych i ulotkowych. ONR nie jest formacją liczną, podobnie jak inne boryka się choćby z problemem działaczy sezonowych i krótkotrwałych fascynatów. Manifestacje ONR gromadzą zwykle od 150 do 500 (11 listopada 2009) ludzi, przy czym w pewnej mierze są to osoby niezrzeszone lub członkowie innych organizacji.
Wspomniane „prawicowe" (w sensie: konserwatywne, antysocjalistyczne, wolnorynkowe, monarchistyczne) sympatie niektórych działaczy ONR od czasu do czasu prowokują głosy krytyki ze strony „ortodoksyjnie" nastawionych sympatyków idei „narodowo-radykalnej". Wyrazem tego były m.in. liczne dyskusje na łamach śp. forum Nacjonalista.pl, gdzie niektórzy (w tym także działacze NOP) sugerowali, że obecny ONR nie jest już naprawdę narodowo-radykalny, a z przedwojnia czerpie jedynie pewną symbolikę, upodobanie do uniformów oraz ogólnie pojęty „patriotyzm", czy też „nacjonalizm". Można próbować odpierać te zarzuty - i działacze ONR to właśnie robili, tłumacząc m.in. że idee nie mogą trwać w skostnieniu, że muszą być poddawane weryfikacji i że właśnie takiej weryfikacji należy poddać choćby „Zielony Program" gospodarczy RNR Falangi. Z drugiej strony podkreślali, że „opcja rynkowa" to tylko jedna z możliwych do przyjęcia w ONR i wcale nie najbardziej reprezentatywna. ONR w ogóle nie formułuje (być może: jeszcze) szczegółowego programu ekonomicznego, ponieważ nie jest partią polityczną i deklaruje się jako „stowarzyszenie ideowo-wychowawcze", stąd większą wagę przywiązuje do takich kwestii, jak propagowanie patriotyzmu, pamięć o wydarzeniach historycznych, przypominanie o fundamentach cywilizacji łacińskiej (np. w odniesieniu do narzucanych obecnie przemian obyczajowych), albo też do ogólnych postulatów, wokół których jednoczy się z grubsza cały „ruch narodowy" czy nawet ogólnie pojęta „skrajna prawica" - mam tu na myśli np. sprzeciw wobec UE, aborcji, politycznej poprawności, czy poparcie dla kary śmierci. Takie podejście rodzi oczywście kolejne zarzuty, a mianowicie takie, że organizacja jest „daleko od potrzeb zwykłych ludzi" i zajmuje się jedynie oderwanym od rzeczywistości „organizowaniem obchodów rocznicowych".
Przed kilku laty częściej niż teraz padały (również ze strony środowisk prawicowych) zarzuty, jakoby ONR był niepoważną grupką skinheadów i ich kolegów, organizacją bojówkarską, zjawiskiem cofającym „ruch" do lat 90-tych, prowokacją i wyrazem radykalizmu tyleż nieprzemyślanego, co naiwnego. M.in. po manifestacji w Myślenicach ówczesny działacz krakowskiej Młodzieży Wszechpolskiej, Maciej Twaróg, odciął się od tej akcji ONR, sugerując, że są inne (lepsze i ważniejsze) okazje do świętowania - co było dość nie fair, jako że sama MW organizowała już od dobrych kilku lat „marsz myślenicki", upamiętniający wyczyn Doboszyńskiego. Przy innej okazji od poczynań ONR nader energicznie odciął się prominentny i wieloletni aktywista MW Radosław Parda - tym razem chodziło o jedną z manifestacji na Górze Świętej Anny. Co prawda z jednej strony był to okres, kiedy MW usilnie starała się uczestniczyć w „wielkiej" i „poważnej" polityce oraz kreować swój wizerunek jako ugrupowania zdecydowanego, lecz cywilizowanego i umiarkowanego, zaś z drugiej strony ONR chyba mocniej niż teraz epatował bezpośredniością haseł i środków. Obecnie współpraca między organizacjami układa się raczej dobrze, podczas gdy np. współpraca z NOP ma miejsce sporadycznie i w ograniczonym zakresie.
W tym miejscu warto jednak dodać, że autonomiczne, lecz współpracujące z ogólnopolskim ONRem Stowarzyszenie ONR Podhale od dobrych kilku lat specjalizuje się w akcjach „społecznych", takich jak np. dokarmianie zwierzyny leśnej, łączenie formacji ideowej z turystyką i sportem (rajd Mosdorfa), działalność charytatywna. ONR Podhale skupia w większości nieco starszych działaczy narodowych (po trzydziestce), jest oficjalnie zarejestrowane i w miarę możliwości funkcjonuje jak inne stowarzyszenia lokalne - stąd wiele kontrowersji w prasie „liberalnej" budził np. udział ONR Podhale w konferencjach i szkoleniach organizowanych przez władze miasta.
Na początku 2009 roku roku głośno w „ruchu" było o manewrze ówczesnego koordynatora Brygady Mazowieckiej, Bartosza Bekiera, który wraz z grupą zwolenników opuścił szeregi ONR i powołał do życia własną organizację - „Falangę". Niemniej w Warszawie ONR pozostał i rozwija się pod nowym kierownictwem.
Ostatecznie można powiedzieć, że Obóz na trwałe wpisał się w krajobraz polskiego „ruchu narodowego" i miejmy nadzieję, że ten tekst nie okaże się dlań epitafium. Sam „ruch narodowy" jest zresztą teraz tylko wątłym i bladym cieniem ruchu przedwojennego. Niektórzy zresztą negują w ogóle sens mówienia o „ruchu", ponieważ albo sprowadzają go wyłącznie do swojej organizacji, albo też uważają, że żadnego z działających obecnie stowarzyszeń (ONR, OWP, MW, NOP, LOS) nie można traktować poważnie. Tutaj używamy tego określenia po części dla wygody, a po części dlatego, że coś jednak łączy wymienione w tekście grupki (choćby tylko podobne odwołania historyczne i symbolika).
Tekst ten nie jest oczywiście szczegółowym przedstawieniem historii ONR po 1993 roku, odnosi się jedynie do najważniejszych momentów i problemów. Celem było pokazanie przede wszystkim tego, w jaki sposób z rozsianych po kraju luźnych grupek powstała spójna organizacja ogólnopolska i jak ewoluowały zarówno jej forma działania, jak i treści przez nią przekazywane.

ATW


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Bolesław Piasecki - "Wytyczne narodowo-radykalnej myśli gospodarczej"

wtorek, 11 maja 2010 12:51

 

Własność

Człowiek żyje po to, aby być szczęśliwym. Warunkiem szczęścia Polaka, związanego wiekami ze swym narodem, jest twórcza praca dla Narodu Polskiego.
Niezbędność tej pracy jest uzasadniona choćby tym, że:
a) jednostka jest zbyt blisko związana ze środowiskiem, w którym żyje, aby szczęście jej było niezależne od pomyślności grupy;
b) praca dla wspólnoty narodowej rozwija szlachetne bezosobiste wartości, wyciągając jednostkę poza granice tępego, zwierzęcego materializmu.
Obowiązek oddania twórczej pracy Narodowi uzasadnia podporządkowanie interesom narodowym wszelkiej własności materialnej. Skoro bowiem oddaje się do dyspozycji Narodu wartości duchowe - słusznym jest także oddanie wartości materialnych. Z tego wynika: Wszelkie interesy gospodarcze muszą być podporządkowane interesom moralnym i politycznym Narodu. Własność powoduje obowiązek rozporządzania posiadanymi dobrami zgodnie z interesem Narodu.
Własność jest wypełniona przede wszystkim obowiązkami, a nie uprawnieniami. Uprawnienia związane z własnością dotyczą jedynie wyboru środków używania i użytkowania zgodnie z dobrem Polski.
Wyłania się pytanie, kto będzie orzekał, czy dany Polak gospodaruje dobrze czy źle.
Pamiętajmy, że w Wielkiej Polsce, każdy Polak będzie miał swe miejsce w Organizacji Politycznej Narodu, do której przystąpienie będzie dobrowolnym wyrazem chęci udziału w rządach Państwem.
Zawodowe Komórki Organizacji Politycznej Narodu będą pomagały, kontrolowały i oceniały jednostkę w jej działalności gospodarczej.
Rolnicy będą oceniali pracę rolnika, pracującego w ich okręgu, handlowcy będą kontrolowali handel w swoim rejonie itd.
Kontrola wykonywania obowiązków płynących z własności jest zatem jednym ze skutków współpracy Polaków danego zawodu w Organizacji Politycznej Narodu. Nie ma to nic wspólnego z interwencjonizmem aktualnie powołanego rządu państwowego.

Zysk

Celem gospodarki narodowej jest możliwie największy zysk. Zysk jako wynik gospodarowania jest jednak wartością nie tylko materialną, ale wiąże się bezpośrednio z moralnością. Moralny charakter zysku zależy od sposobu jego osiągnięcia i podziału w Narodzie.
W Wielkiej Polsce każdy musi żyć z własnej pracy. Wielkość zysku musi pozostawać w ścisłym związku z ilością pracy, wkładanej przez gospodarowanie przez daną jednostkę.
Używanie pracy najemnej w  przedsiębiorstwie jest moralne i uzasadnione tylko wtedy, gdy pracodawca przewyższa ilością i jakością pracy swych pracowników.
Tylko chorzy i starcy mają prawo żyć z kapitału. Wszyscy anonimowi kapitaliści, niepracujący właściciele zostaną w ustroju Wielkiej Polski zniweczeni.
Źródłem zysku jednostki w Wielkiej Polsce może być tylko praca osobista, wynikająca z korzystania z własności zgodnie z interesem narodu.
Sprawdzianem zdrowego działania gospodarki narodowej jest słuszny podział zysku. Każdy Polak ma prawo i obowiązek twórczej pracy dla dobra Polski. Twórcza praca wymaga pewnego minimum środków materialnych. Tych środków może jednostce dostarczyć jedynie zysk płynący z pracy.
Ruch Młodych rzuca hasło upowszechnienia zysku.
Zysk narodowy musi się dzielić w ten sposób, aby każdy chcący pracować Polak miał zapewnione minimum utrzymania - dopiero nadwyżka pozostająca po tym zasadniczym podziale zysku, dzielić się winna według różnic indywidualnych, jednostek gospodarujących.
Dopóki jest choć jeden bezrobotny - nikt nie ma prawa zarabiać nic więcej ponad minimum utrzymania.

Organizacja

Gospodarce narodowej postawić należy przede wszystkim dwa wymogi:  a) by była podporządkowana interesom moralnym i  b) by była jak najrentowniejsza.
Oba te wymogi wymagają planu, ładu w stosunkach gospodarczych, warunkiem zaś tego ładu jest zorganizowanie życia gospodarczego Narodu.
Organizacja Polityczna Narodu będzie w swych terytorialnych komórkach prowadzić pracę dwojako, grupując ludzi dla zagadnień ogólnopolitycznych bez względu na zawód; dla zagadnień zaś gospodarczych będą na wszystkich szczeblach Organizacji Politycznej Narodu funkcjonowały grupy zawodowe.
Grupy zawodowe Organizacji Politycznej Narodu będą przeprowadzały aktualne plany gospodarcza w sposób bezwzględnie obowiązujący wszystkie jednostki gospodarujące.
Powstanie zaś tych ogólnonarodowych planów gospodarczych, ustali się na dwóch zasadach: po pierwsze na uwzględnieniu inicjatywy i informacji wszystkich zorganizowanych zawodowo członków Organizacji Politycznej Narodu, po drugie plan ten będzie tworem zwierzchnich władz Organizacji Politycznej Narodu jednoczącej społeczeństwo z Państwem.

Samowystarczalność

Samowystarczalność jest dla nas zaledwie asekuracją, ubezpieczeniem na wypadek wojny lub załamania się państwa, z którym Polska ma stosunki gospodarcze. Samowystarczalność jest także pierwszym stopniem do imperializmu gospodarczego Polski.
Polsce, dla podniesienia wielkości kapitału narodowego niezbędne są wartości gospodarcze leżące poza granicami Rzeczypospolitej. Wartościami tymi są kolonie, jako źródło surowców i obce państwa - jako rynki zbytu. Zapewnić to musi polityczna potęga Polski.

Rolnictwo

Chłop polski musi osiągać jako wynik gospodarowania środki, umożliwiające mu twórczy rozwój sił moralnych i fizycznych.
Stawiamy zasadę bezwzględnej parcelacji wielkiej własności i komasacji gospodarstw karłowatych. Typem zasadniczym ustroju rolnego Polski stać się musi gospodarstwo o obszarze od 5 ha do 10 ha, zależnie od rodzaju gleby.
Dla gospodarstw tych będzie istnieć ustawowy zakaz podziału. Większe gospodarstwa będą mogły istnieć wyjątkowo w niewielkiej ilości w wypadku uzasadnienia gospodarczego.
Pozostającego nadmiaru ludności chłopskiej nie wolno skazywać na nędzną wegetację na wsi.
Nadmiar ludności chłopskiej musi zająć miejsca, zajmowane w gospodarce narodowej przez żydów, oraz w przemyśle, zbudowanym za wywłaszczone pieniądze żydowskie.

Przemysł

Wszelki przemysł, gdzie osobista praca właściciela nie przyczynia się do powstania zysku - zostanie upaństwowiony.
Dotyczy to w szczególności wojennego górniczego, monopolicznego i wojennego.
Każdy inny zakład będzie przedmiotem własności prywatnej, związanej dyrektywami grup gospodarczych Politycznej Organizacji Narodu.
Warunkiem zdrowia gospodarczego Polski jest wielka rozbudowa przemysłu mogąca wchłaniać masy ludności wiejskiej. Przemysł ten zostanie zbudowany za pieniądze wywłaszczone żydom, oraz kosztem heroicznego narodu.

Handel

Zbliżenie producenta do odbiorcy jest tutaj wytyczną zasadniczą.
Zwalczać będziemy handel hurtowy, jako zbędnie podrażający ceny towarów.
Tam, gdzie nie da się usunąć handlu hurtowego drogą spółdzielni, lub przede wszystkim drogą bezpośredniego kontaktu wytwórcy z konsumentem - w tych dziedzinach zostanie handel hurtowy upaństwowiony.

Pieniądz

Każdy pieniądz współczesny opiera się na złocie i na zaufaniu. Mówi się o procentach pokrycia w złocie, reszta to kredyt moralny.
W Wielkiej Polsce, po radykalnej przebudowie ustroju narodowego, po wydobyciu wstrząsem głębokim nowych sił Narodu, można będzie obniżyć procent złota na rzecz zaufania. Oprócz więc pieniądza, opartego wysokoprocentowo o złoto dla wymiany zagranicznej, będzie istniała waluta wewnętrzna.
Pieniądz ten, oparty przede wszystkim na zaufaniu we wzbudzone przełomem siły Narodu, a w mniejszym stopniu na złocie, umożliwi - obok wywłaszczonych środków żydowskich - politykę wielkich inwestycji przemysłowych.

Kredyt

Wszelkie instytucje kredytowe wraz z bankami zostaną upaństwowione. Bank jest kapitalistycznym przedsiębiorstwem, szczególnie silnie demoralizującym właścicieli przez budzenie w nich chęci coraz większych zysków i przez oddalenie jednostki, dysponującej finansami do bezpośredniej działalności gospodarczej.
W gospodarstwie narodowym instytucje kredytowe będą narzędziem świadomej, planowej polityki gospodarczej, prowadzonej przez państwo i z jego ramienia przez grupy zawodowe Organizacji Politycznej Narodu.

Żydzi

Wszelkie dobra materialne polskie, pozostające w rękach żydowskich zostaną wywłaszczone bez odszkodowania.
Jedynym i wystarczającym powodem jest pewność, że żydzi polskiej własności używają na szkodę Narodu Polskiego.

Obcy kapitał

Obcy kapitał zostanie w Polsce wywłaszczony.
W stosunku do narodów zaprzyjaźnionych możliwe jest odszkodowanie.

Artykuł "Wytyczne narodowo-radykalnej myśli gospodarczej"  opublikowany został pierwotnie w 1937 r. w Falandze. Przedruk za "Polska Myśl Polityczna. Część III - Nacjonalizm: Myśl "Potomstwa Obozowego" J.Majchrowski, Kraków 1993.

Za: Nacjonalista.pl


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Liga Narodowo-Demokratyczna (1958-1990) - wyrzut sumienia IPN i styropianowej prawicy

piątek, 07 maja 2010 19:45


   W tym roku, w sierpniu będzie obchodzona 30. rocznica założenia NSZZ "Solidarność". Oczywiście cały szereg śro- dowisk uzurpuje sobie miano do spuścizny po "Solidarno- ści" i jej etosu. Są także środowiska byłej opozycji w PRL chwalące się wszem i wobec, że to one "były pie- rwsze, które podjęły walkę z komuną" po tym jak zlikwido- wano podziemie "żołnierzy wyklętych".

 

   Prawo do miana "pierwszej organizacji antykomunistycznej" w PRL uzurpuje sobie jeden z głównych młotkowych Platformy Obywatelskiej Stefan Niesiołowski, który razem z Andrzejem Czumą założył w połowie lat 60-tych organizację o nazwie "RUCH". To miano uzurpują sobie także ludzie z Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, czy z Komitetu Obrony Robotników. Ludzie działający w tych organizacjach kreują się teraz na "pierwszych antykomunistów".

 

 Jednakże faktycznie pierwszą organizacją o charakterze antykomunistycznym była odwołująca się do tradycji Narodowej Demokracji Liga Narodowo-Demokratyczna założona w 1958 r. przez Przemysława Górnego i Józefa Kosseckiego. Dlaczego przypominam w tym wpisie o tej praktycznie nieznanej społeczeństwu organizacji? M.in. dlatego, że dzisiaj mija 50. rocznica aresztowania przez SB kilku działaczy LND.

 

Pierwszym szefem Ligi w latach 1958-1972 był Walenty Majdański, brat arcybiskupa Kazimierza Majdańskiego. Pierwszy szef LND był osobą zaangażowaną w promowanie Cywilizacji Życia, a jego książka "Planowanie zaludnienia" należy do klasyki opracowań badających zagadnienia demograficzne.

 

  LND wywodziła się częściowo z rozwiązanego przez władze PRL w 1957 r. Związku Młodych Demokratów (Przemysław Górny był jednym z przywódców ZMD związanego ze Stronnictwem Demokratycznym), częściowo ze środowisk endeckich (Kossecki był bliskim współpracownikiem dr Jana Bogdanowicza i mecenasa Leona Mireckiego). Była ona organizacją środowiskową. Skupiała początkowo głównie studentów, potomków przedwojennej szlachty, działaczy narodowych i funkcjonariuszy państwowych II Rzeczypospolitej, zwłaszcza wojskowych.

 

Wzorem Ligi Narodowej, która działała jeszcze w czasie zaborów- do której tradycji nawiązywała- miała strukturę, której kolejne szczeble organizacyjne miały formę stopni wtajemniczenia, przy czym członkowie niższego stopnia nie mieli prawa wiedzieć o istnieniu stopni wyższych - z wyższym stopniem miała kontakt i wiedziała o jego istnieniu tylko osoba kierująca danym stopniem niższym, zaś o działalności stopni niższych wiedzieli tylko członkowie kierownictwa danego stopnia. Tego typu struktura została opracowana przez działaczy narodowych pod zaborami i wykorzystywana była również w czasie rządów sanacji. Jako podstawę doktryny LND przyjęto naukę o cywilizacjach profesora Feliksa Konecznego. Naukę o cywilizacjach rozwinął później docent Józef Kossecki, a która zawarta jest w jego opracowaniu "Podstawy nauki porównawczej o cywilizacjach" (Kielce 1996) i rozszerzona w kilku innych opracowaniach, jak chociażby "Metacybernetyka" (Kielce-Warszawa 2005).

 

Program LND stwierdzał, że reżim komunistyczny panujący w Polsce "(...) jest systemem zmierzającym do zniszczenia nas fizycznego i moralnego, do wyjałowienia zwłaszcza politycznego i sparaliżowania wszelkich objawów niezależnego działania narodu polskiego (...). Czując się współodpowiedzialni za losy naszego narodu uważamy, że nie ma takiej sytuacji, z której by naród zorganizowany i świadomy swych celów nie mógł wyciągnąć korzyści z tej sytuacji możliwych. (...) Ponieważ rząd komunistyczny nie tylko nie reprezentuje polskiej racji stanu, lecz także nie pozwala na jawne tworzenie organizacji, które by reprezentowały polskie interesy i niezależną myśl polityczną, dlatego uważamy za konieczne i przystępujemy do tworzenia wewnętrznej organizacji polskiego narodu, która będzie pracowała nad rozwojem niezależnej polskiej myśli i w miarę możliwości zmuszała władze do liczenia się z polską narodową racją stanu" (Akta sprawy Józefa Kosseckiego i innych, Archiwum Sądu Wojewódzkiego dla m. st. Warszawy, sygn. IV K.51/61).

 

Wśród organizatorów poszczególnych oddziałów i komórek LND byli m.in. Przemysław Górny, Józef Kossecki i Walenty Majdański. Kossecki działał głównie w Polsce południowej, gdzie zorganizował kanały wpływu LND w Krakowie, Gliwicach i Zakopanem.

 

Działalność LND zaplanowana była na wiele lat i miała składać się z dwu etapów. W pierwszym z nich miała nastąpić praca nad kształceniem kadry działaczy politycznych połączona z rozbudową hierarchicznej organizacji, opartej na opisanych wyżej stopniach wtajemniczenia. W tym pierwszym okresie miano studiować polską myśl narodową, naukę o cywilizacjach i wszystkie te dziedziny wiedzy niezbędnej dla kadry politycznej, które nie były od 1948 r. wykładane na PRL-owskich uczelniach. W tym okresie LND miała być organizacją bardziej zbliżoną do tajnego uniwersytetu narodowego niż konspiracji stricte politycznej, z tym jednak, że odpowiednio przygotowana kadra LND miała równocześnie przenikać do wszelkich istniejących organizacji społecznych, politycznych, a także do aparatu państwowego i PZPR, aby je poznawać i działając w nich starać się realizować elementy programu LND. Ten pierwszy etap zaplanowany był na kilkanaście lat.

 

Drugi etap miał polegać na przystąpieniu w odpowiednich warunkach, przez wszystkich członków LND- zwłaszcza zaś zajmujących odpowiednie pozycje w aparacie państwowo- partyjnym do realizacji ostatecznego celu, jakim miało być przejęcie władzy przez obóz narodowy i rozpoczęcie pełnej realizacji programu LND. Najprężniej działała struktura warszawska LND. Tu odbywały się w grupach regularne szkolenia nt. nauki o cywilizacjach, problematyki demograficznej, najnowszej historii politycznej, psychologii oraz socjologii.

 

7 maja 1960 r. podczas zebrania, które odbywało się w pokoju nr 409 w Domu Studenckim przy Pl. Narutowicza SB aresztowała kilku członkóworganizacji, zaś w sierpniu dwóch działaczy narodowych nie należących do Ligi. Po ponad 9 miesięcznym śledztwie i po ponad roku od aresztowania, 29 maja 1961 r. zakończył się tajny proces całej grupy. Kosseckiego i Górnego skazano na 2 lata więzienia, Krzyżewskiego i Klatę na 10 miesięcy, Barańskiego i Kwietnia na 6 miesięcy, a Bogdanowicza i Mireckiego uniewinniono.

 

 Po tym jak wiosną 1990 r. polski Sejm uchwalił ustawę o partiach politycznych kierownictwo Ligi Narodowo-Demokratycznej uznało, że nie ma już konieczności działania w konspiracji i zawiesiło działalność organizacji. Wezwało jednocześnie byłych członków, w miarę ich chęci i możliwości, do realizacji z własnej inicjatywy programu Ligi w administracji państwowej oraz w legalnych partiach i organizacjach. W dniu 19 lutego 1992 r. przed Sądem Najwyższym w Warszawie odbył się proces rehabilitacyjny członków LND skazanych w 1961 roku. W 2006 r. współzałożyciel LND Przemysław Górny został odznaczony przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za działalność opozycyjną.

 

 Warto zwrócić na pewien aspekt działalności LND. Otóż ta organizacja nie tylko pozytywnie wyróżniała się na tle innych, później założonych tym, że była pierwszą skupiającą środowiska antykomunistyczne, ale także dlatego, iż jej działalność nie opierała się na próbach jałowego wysadzania pomników jak w przypadku RUCH-u, czy malowania murów, ale na szkoleniu, kształceniu i przygotowywaniu kadr oraz pracy informacyjnej wśród społeczeństwa. Była to ciężka, pozytywistyczna praca- klasyczna dla tradycji endeckiej. Członkowie LND w latach 80-tych nie rzucali kamieniami w ZOMO ku uciesze KOR-owców, tylko infiltrowali aparat państwowy z pewnymi pozytywnymi efektami. Wystarczy poczytać szereg artykułów o demografii Józefa Kosseckiego, które ukazały się na łamach "Tybuny Ludu", czy "Żołnierza Wolności". Na łamach uchodzącej za komunistyczne gadzinówki prasy ukazywały się teksty promujące Cywilizację Życia!

 

LND jako organizacja postendecka stała na gruncie realizmu politycznego i wychodziła z założenia, że fałszywy i zamazujący faktyczny stan rzeczy jest przedstawiany przez "Wolną Europę" obraz "polskiej Solidarności" i "komunistycznej, antypolskiej PZPR". LND wychodziła z założenia, że podział na siły polskie i antypolskie idzie w poprzek zarówno "Solidarności", jak i PZPR. Dlatego część działaczy LND działała w łonie PZPR, a część Ligowców działała w łonie opozycji, a później po powstaniu "Solidarności" w jej strukturach.

 

W latach 70-tych członek LND mecenas Marian Barański założył Polski Komitet Obrony Życia i Rodziny. Działał on na odcinku opozycyjnym. Jednym z najważniejszych celów, które od początku stawiała przed sobą ta organizacja była walka o zmianę ustawy o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży z 27 kwietnia 1956 roku. 11 grudnia 1977 r. Komitet kierowany przez mec. Barańskiego zorganizował akcję zbierania podpisów pod petycją do Sejmu domagającą się zmiany tej ustawy. Zwrócono się do innych ugrupowań opozycyjnych o współudział w tej akcji, ale poza niektórymi działaczami ROPCiO nikt z tzw. opozycji demokratycznej nie chciał poprzeć tej akcji. KOR wręcz stanowczo odmówił, stwierdzając, że popiera tę ustawę, mimo że w innych sprawach krytykuje władze państwowe PRL. Organizacja kierowana przez mec. Barańskiego zebrała 12 tys. podpisów i warto podkreślić, że było to więcej niż zebrał KOR w tym czasie pod wszystkimi przedstawianymi przez siebie petycjami.

 

1 stycznia 1981 r. Komitet Obrony Życia i Rodziny zmienił nazwę na Komitet Samoobrony Polskiej, a organem prasowym tego ugrupowania był nieregularnie wydawany periodyk "Samoobrona Polska". Komitet Samoobrony Polskiej widząc działania KOR w wydanym 6 czerwca 1981 r. "Apelu do członków i sympatyków Solidarności", który był kolportowany m.in. podczas wyborów w Regionie Mazowsze "S" apelował: "(...) Celem KOR jest uchwycenie władzy nad Polakami przy pomocy Solidarności. Oczywiście po spełnieniu tego zadania Solidarność zostałaby przez nich zlikwidowana. W przypadku zaś, gdyby nie udało się uchwycić władzy, zdążać będą do sprowokowania najazdu, by utopić nasz kraj we krwi i wyniszczyć najlepsze żywioły polskie. Temu drugiemu celowi służy każde zwiększenie napięcia społecznego. (...) należy natychmiast przepędzić KOR i jego wspólników z Solidarności. Przede wszystkim z prasy, finansów i propagandy. Następnie z kadr i ekspertyz. Na ich miejsce wziąć uczciwych Polaków. (...) nie oglądając się na aktualne władze związkowe, rozpocząć walkę o wyżywienie narodu i o ukaranie przestępców polityczno- gospodarczych. (...) wystąpić w obronie życia dzieci nienarodzonych, mordowanych obecnie tysiącami przez chciwych zysku lekarzy" (Samoobrona Polska, 15 czerwca 1981, nr 5).

 

Te cytaty pozwalają zrozumieć dlaczego pierwsza antykomunistyczna o charakterze niezbrojnym organizacja podziemna w PRL jaką była LND jest przemilczana nie tylko przez obecne oficjalne władze (wszak historię piszą zwycięzcy), ale także przez IPN. Prawda o działalności LND jest niewygodna nie tylko dla byłych członków KOR, ale także dla oficjalnej propagandy sprzedawanej nam przez IPN, że była "dobra" Solidarność i "zła" PRL. Warto, aby każdy internauta, w szczególności ci utożsamiający się z tzw. prawicą zadali sobie pytanie: dlaczego żadne prawicowe medium nie chce przypominać o LND? Dlaczego ta pierwsza, opozycyjna organizacja jest przemilczana w oficjalnej propagandzie? Amator

Zdjęcia, liderzy LN-D. Kolejno:  Przemysław Górny, Marian Barański, Walenty Majdański i Józef Kossecki.

KN


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Ojciec polskiej ekologii

wtorek, 30 marca 2010 7:49


   Jan Gwalbert Pawlikowski - prekursor ekologii, taternictwa, ochrony środowiska, organizator ruchu narodowego, ekonomista, historyk literatury, wykładowca uniwersytecki...

   Od drugiej połowy XX wieku ekologia została nie­mal całkowicie przywłaszczona przez ruchy politycz­ne i organizacje o wyraźnie lewicowym zabarwie­niu lub światopoglądzie. Jan Gwalbert Pawlikowski był człowiekiem renesansu par excellence. Był ar­cynowoczesny. Jak nikt inny kochał naturę, jednak jego optyka ekologiczna w niczym nie przypomina współczesnej paraekologii. Pawlikowski stawiał bar­dzo dobitnie granicę pomiędzy biznesem na przyro­dzie a jej kontemplacją; pomiędzy upowszechnia­niem dostępu do przyrody a kradzieżą jej dziewic­twa i - w konsekwencji - mocy sprawczej do reali­zacji jedynego ważnego celu: prowadzenia do Boga i siebie samego, do prawdy, do nienazywalnego.

W rzeczy samej Pawlikowski byłby dzisiaj postrzegany jako ekologiczny radykał, który hamuje rozwój tury­styki, gospodarki, a nawet samej ekologii. Przyroda bowiem - w wyobrażeniach Pawlikowskiego - bę­dąc pozszywana balustradkami, kioskami, okienka­mi informacyjnymi i żelaznymi imitacjami Kozienic na stokach oraz z pobierającymi myto gospodarza­mi terenów przyrodniczych, to raj dla tych, których jedyną korzyścią z takiego „filisterskiego" poznawa­nia przyrody będzie stwierdzenie: „ja tutaj byłem". Tymczasem J. G. Pawlikowski jasno definiował gra­nicę ingerencji w przyrodę, pisząc o tych, którzy pod pozorem jej udostępniania przyrody z niej choinkę obwieszoną plastikiem: „odpustowych kramarzy nie wpuszcza się do kościoła, mogą jednak kupczyć swo­bodnie przed jego drzwiami".

PAWLIKOWSCY: ENDECY, ARTYŚCI I PRZYRODNICY

Jan Gwalbert był kolejnym a nie ostatnim z rodu znanych i zasłużonych Pawlikowskich. Rodzina ta od XVIII wieku w każdym pokoleniu wydawała wybit­ne postacie, żeby wspomnieć tylko Józefa Benedyk­ta Pawlikowskiego (1770-1830), burmistrza Prze­myśla, pioniera egzotycznego ogrodnictwa w Polsce oraz Józefa Gwalberta Pawlikowskiego (1793-1853), wicedyrektora lwowskiego Ossolineum, który roz­winął majątek ojca w Medyce, kontynuując pionier­skie kierunki w ogrodnictwie i rolnictwie. Przemoż­ny wpływ na Jana Gwalberta miał jego ojciec, Mie­czysław Gwalbert Pawlikowski (1834-1903), poeta i prozaik, publicysta i aktywny działacz polityczny. W czasie powstania styczniowego został zastępcą komi­sarza Rządu Narodowego na Galicję Wschodnią, za co był później więziony.

M. G. Pawlikowski przynale­żał do najświetniejszej bohemy artystycznej (patrio­tycznej) XIX wieku. Przyjaźnił się, korespondował - czy nawet wspomagał finansowo - z Adamem Mic­kiewiczem, Cyprianem Kamilem Norwidem, Marią Konopnicką, Teofilem Lenartowiczem... Jako poeta i pisarz współpracował z Włodzimierzem Tetmaje­rem, który ilustrował jego tatrzańską powieść „Bacz­maha". I właśnie miłość do Tatr i przyrody wpoił synowi - Jasiowi. Jako pierwszy zdobywał niektó­re tatrzańskie szczyty, na wyprawy zabierając syna, Jana Gwalberta oraz przyjaciół, m.in. Adama Asny­ka. Intencjonalnie pomijając Jana Gwalberta (o któ­rym później), a pisząc o tej nietuzinkowej familii nie można zapomnieć o jego imienniku (jego synu), a mianowicie Janie Gwalbercie Henryku (1891-1962), podobnie jak przodkowie zafascynowanym Tatra­mi, wybitnym znawcy Podhala, publicyście, sce­narzyście, pisarzu. Warto dodać, że Jan Gwalbert Henryk miał duży wpływ na twórczość swojej dru­giej żony, znanej poetki, Marii Pawlikowskiej-Jasno­rzewskiej.

Jego brat, Michał Gwalbert Pawlikowski (1887-1970) był, podobnie jak ojciec, narodowcem o mocno zradykalizowanych poglądach endeckich - w 1914 r. był sekretarzem Stanisława Grabskiego w Lwowskim Komitecie Ratunkowym, trzy lata później został członkiem Ligi Narodowej; w okresie między­wojennym należał do Związku Ludowo-Narodowe­go, Obozu Wielkiej Polski i Stronnictwa Narodowe­go. Był dyrektorem Towarzystwa Wydawniczego we Lwowie. Po I wojnie światowej odbudował majątek Pawlikowskich w Medyce, tworząc tam wydawnic­two „Biblioteka Medycka". Z kolei stryj Jana Gwal­berta, Tadeusz Pawlikowski (1861-1915), znany był z poglądów demokratycznych; bliski był ruchom ro­botniczym a przeszedł do historii jako reżyser i dy­rektor teatrów. Jednym z wnuków Jana Gwalber­ta Pawlikowskiego jest profesor historii sztuki i pi­sarz Jacek Woźniakowski (ur. w 1920), a jego córka, Róża Thun (właściwie Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein, ur. w 1954) to znana publicystka i działaczka organizacji pozarządowych (zachęcam do lektury wywiadu, który zostanie wkrótce zamieszczony w dziale myśl narodowa: „Tropami pradziadka" - z Różą Thun, m.in. o jej pradziadku, rozmawiał Krzysztof Tenerowicz).

ŻYCIE I DZIEŁO

Jan Gwalbert Pawlikowski urodził się 8 marca 1860 r. w Medyce. Jako dziecko przebywał z matką i bra­tem w Szwajcarii. Po powrocie do kraju zamieszał w Radziszowie pod Krakowem, gdzie uczęszczał do szkoły. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studio­wał historię, geografię i historię literatury. Tamże oraz w Wiedniu studiował prawo, z którego dok­toryzował się w Krakowie w 1885 r. Studia rolni­cze odbył w Halle, Wiedniu i Dublanach. W stoli­cy Austrii zapoznał się także ze statystyką i ekono­mią społeczną. W 1887 r. objął majątek rodzinny składający się z 17 folwarków i ziemi o powierzch­ni 8600 hektarów, którym doskonale administro­wał do 1915 r. Pawlikowski był wykładowcą uniwer­syteckim.

W 1891 r. powołano go na katedrę eko­nomii społecznej Wyższej Szkoły Rolniczej w Du­blanach, gdzie pracował do 1904 r., wykładając do­datkowo skarbowość, prawo rolne, politykę agrar­ną, statystykę i ekonomikę rolnictwa, historię oraz encyklopedię nauk rolnych. Szczególnie ważne były jego badania dotyczące technologii i nawoże­nia upraw, które w znacznej mierze zwiększyły wy­dajność rolnictwa. Z powodu pogarszającego się wzroku przeniósł się do Lwowa, gdzie rozbudowy­wał znaną już z licznych zbiorów bibliotekę rodzin­ną. W tym czasie Pawlikowski przebywał również w Medyce i Zakopanem, gdzie na Kozińcu miesz­kał w zaprojektowanym przez Stanisława Witkiewi­cza w stylu góralskim Domu pod Jedlami, jednym z najciekawszych przykładów opisywanego i propa­gowanego przez Pawlikowskiego architektoniczne­go stylu zakopiańskiego.

W latach 1915 -1918 prze­bywał w Żytomierzu, a do 1939 ponownie we Lwo­wie i Zakopanem, gdzie kontakt z naturą szlifował jego koncepcje przyrodnicze. Życie i usposobienie Jana Gwalberta Pawlikowskiego trafnie ujął Stani­sław Grabski pisząc o nim: „człowiek niezwykły. W przedziwny jakiś sposób łączył on w sobie najroz­maitsze zamiłowania i uzdolnienia. Odziedziczo­ny majątek ziemski Medykę doskonałą gospodarką znacznie powiększył.

A równocześnie był pedago­giem, profesorem ekonomiki w Dublanach, redak­torem „Ekonomisty Polskiego", prezesem Związku Naukowo-Literackiego, kierownikiem Szkoły Nauk Politycznych, kierownikiem Szkoły Nauk Politycz­nych, protektorem sztuki zakopiańskiej, a za mło­du i zapalonym taternikiem, głębokim badaczem mesjanizmu polskiego i poezji Słowackiego, gorą­cym propagatorem ochrony przyrody - przy tym zaś jednym z najwybitniejszych przed wojną kie­rowników polskiej polityki narodowej: prezesem Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego w Gali­cji i członkiem Komitetu Centralnego tajnej trójza­borowej Ligi Narodowej. I co jest najrzadsze: tylu tak różnorodnymi sprawami się zajmując [...] nigdy o niczym nie myślał powierzchownie. Odruchowo nie znosił dyletantyzmu".

PATRIOTA I POLITYK

Pawlikowski zdawał sobie sprawę z roli, jaką w ży­ciu narodowym mogli odegrać chłopi, dobrze zor­ganizowani i posiadający własną ziemię. W latach 1899-1905 był prezesem rady nadzorczej lwow­skiego Banku Parcelacyjnego, który udzielał kredy­tów na wykup ziemi przez polskie chłopstwo, aby nie przeszła w obce ręce. Po I wojnie światowej za­jął się także pracą nad unaradawianiem polskiego przemysłu i handlu. We Lwowie utworzył Ziemski Bank Kredytowy i poparł go finansowo, podobnie jak różne spółki handlowe polskie, np. Orbis (do­póki przestrzegano statutowych założeń). Od cza­sów studenckich żywo interesował się polityką. Na­leżał do oponentów ruchu konserwatywnego (stań­czycy), przeciwstawiając mu ideę pozytywistycz­ną.

Atakował stańczyków za brak politycznego re­alizmu, sobkostwo, koteryjność - zarzucono mu więc tendencje socjalistyczne i bojkotowano orga­nizowane przez niego uroczystości ku czci Mickie­wicza, Słowackiego czy Miłkowskiego. W praktyce „socjalizm" Pawlikowskiego w młodych latach ob­jawiał się tylko atakowaniem egoistycznej polityki finansowej konserwatystów a głosił hasła solidary­zmu narodowego, co zbliżyło go nie do Polskiej Par­tii Socjalistycznej a wręcz przeciwnie, do narodo­wej demokracji. W 1902 roku wstąpił do nielegal­nej Ligi Narodowej działającej na obszarze trzech zaborów, a kierowanej z zaboru austriackiego przez Romana Dmowskiego, lidera całej endecji. Liga ce­chowała się przekonaniem o konieczności pozyty­wistycznego kształcenia nowoczesnego narodu pol­skiego, gotowego oprzeć się zaborcom i przeciwno­ściom politycznym. LN nie podtrzymywała modne­go wówczas przeświadczenia o walce klas, a zagro­żenie upatrywała w często antypolskich działaniach mniejszości narodowych.

Od początku swojej endeckiej działalności Pawlikowski oddał ruchowi na­rodowemu nie tylko nazwisko, ale także wiedzę, siły a także wsparcie finansowe. Od czasu wstąpienia do Ligi Narodowej wsparł „Słowo Polskie" we Lwowie, będące organem prasowym partii. Dwa lata póź­niej aktywnie organizował struktury powstające­go tam Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego, którego został wiceprezesem a następnie prezesem. Już od 1905 r. wchodził w skład Komitetu Central­nego Ligi Narodowej. Kierował Stronnictwem w trudnym czasie, kiedy w ruchu narodowym z ideą Dmowskiego, który chciał oprzeć przyszłość Polski na Rosji, ścierały się różne koncepcje. Pawlikow­ski dał się poznać wówczas jako zwolennik jedno­ści obozu narodowego. Politycy endeccy w zaborze rosyjskim propagowali orientację prorosyjską, zaś w Galicji silne były postawy proaustriackie.

On sam podkreślał konieczność jedności na bazie postawy antyniemieckiej. Był pierwszym z liderów endecji, który publicznie stwierdził, że skutkiem wybuchu I wojny światowej musi być odzyskanie niepodle­głości - głosił to już na początku 1915 r. Sam Paw­likowski w kwestii drużyn sokolich, bartoszowych i harcerstwa różnił się w poglądach z Dmowskim, jednak cenił go jako wielki autorytet. J. G. Pawli­kowski zwalczał w Galicji orientację proaustriacką, ponieważ - podobnie jak Dmowski - nie wierzył w zajęcie się Austrii sprawą Polski. Podczas I wojny światowej, po wkroczeniu do Lwowa Rosjan, Pawli­kowski organizował konferencje Ligi i Stronnictwa, głosząc, że wybuch wojny daje Polsce szansę na od­zyskanie niepodległości. Przez Austraików uznany został oficjalnie za zdrajcę. Po wojnie wycofał się z aktywnego życia politycznego, ale przyjął godność honorowego prezesa Stronnictwa, którego człon­kiem był do końca życia.

Inne aspekty bogatego życia Jana Gwalber­ta Pawlikowskiego były nie mniej ciekawe i owoc­ne. Zarówno jego osiągnięcia naukowe, kulturalne, pisarskie czy rolnicze czynią z niego wybitną po­stać przełomu wieków XIX i XX. Pawlikowski, en­dek, finezyjny literat i znawca literatury, doskona­ły gospodarz i przenikliwy wykładowca akademicki, był jednocześnie taternikiem, miłośnikiem przyro­dy, znawcą tematyki środowiskowej i prekursorem ekologii oraz ochrony środowiska w Polsce. Zresz­tą Pawlikowski twierdził, że przyroda tak głęboko ukryta jest w sercach Polaków, że na nowo rozbu­dzanie miłości ku niej jest wyrazem rozbudzania w sobie patriotyzmu.

PAWLIKOWSKI „ZIELONY"

Jan Gwalbert Pawlikowski, zanim zdefiniował za­sady ochrony środowiska i granice dopuszczal­nej ingerencji człowieka w przyrodę, sam żył tym, co potem wpajał niejako systemowo w społeczeń­stwo. Żył umiłowaniem przyrody. Można uznać go za jednego z prekursorów taternictwa. Wiele waż­niejszych tatrzańskich szczytów czy jaskiń zdoby­wał jako pierwszy. Istotą turystyki górskiej (i nie tylko) było dla niego współgranie z przyrodą bez zbędnego w nią ingerowania, poprawiania, uła­twiania jej dostępności i zwłaszcza bez jej bana­lizowania. Przeciwstawiał się biznesowi hotelar­sko-gastronomicznemu, który wdzierał się w każdy zakątek Tatr. Stoczył daremny trud walki z pomy­słem budowy drogi do Morskiego Oka zakończonej schroniskiem; przystosowaniem Orlej Perci do ma­sowej turystyki czy słynnym kolejkom na Gubałów­kę i Kasprowy Wierch.

Przeciwstawiał się też budo­wie schroniska na Kalatówkach - bez rezultatu. Za to udało mu się powstrzymać budowę podobnych obiektów pod Rysami i Wielkim Stawem Gąsienico­wym oraz kolejki na Świnicę. Jako aktywny działacz Towarzystwa Tatrzańskiego doprowadził do wpro­wadzenia zasad ustalania nazw w Tatrach, co pod­chwycił od razu za nim Niemiecko-Austriacki Zwią­zek Alpejski, a później Międzynarodowa Unia Al­pinistyczna. W wydawanych przez siebie „Wier­chach" i w innych pismach publikował szereg arty­kułów o Tatrach, walcząc o pierwotność góralszczy­zny i tatrzańskiej przyrody oraz zahamowanie tego, co dzisiaj nazwalibyśmy macdonaldyzacją przyro­dy. Pomimo powszechnego szacunku, przegrywał ze współczesnością.

Walka o pierwotność Tatr uczyniła go pionierem ochrony środowiska w Polsce, prawie równocze­śnie z powstaniem tego ruchu zagranicą. Pawlikow­ski doskonale znał i był w stanie komparatystycz­nie okiełznać większość prawodawstwa światowe­go, skupionego wokół ochrony przyrody, gdzie spo­śród różnych aspektów (społeczno-higienicznych, naukowo-przyrodniczych, ekonomicznych czy este­tycznych) na czoło wysuwał walory moralne, wręcz duchowe. Pośród licznych dzieł Jana Gwalberta Pa­likowskiego dotyczących ochrony środowiska jego głównym manifestem i résumé jego myśli była pra­ca „Kultura a natura" wydana we Lwowie w 1913 r. (jej obszerne fragmenty zamieszczamy w Archi­wum Myśli.pl). Radykalność jego poglądów zasa­dzała się na twierdzeniu, że nie tylko zbytnia in­gerencja człowieka w przyrodę, ale także z pozoru niewinne upiększanie lub uprzystępnianie jej może grozić wypaczeniem ducha natury.

Pawlikowski uważał, że nie da się połączyć „fi­listerskiego", turystyczno-banalnego zwiedzania gór z przerwami na hotelarskie biesiady w centrum Tatr, nie psując jednocześnie charakteru tego miej­sca, zdolnego przybliżyć człowieka do kontempla­cji Boga, poznania siebie, uchwycenia porządku, ładu, transcendencji, piękna, którego nie obejmują ludzkie słowa. Ten idealizm Jana Gwalberta Paw­likowskiego wykluczał kompromis, który on sam przyrównywał do uczynienia z płótna Matejki „wor­ka na mąkę". Już w 1912 r. zainicjował pierwszą w Polsce organizację zajmującą się ochroną przyro­dy - tak powstała Sekcja Ochrony Tatr przy Towa­rzystwie Tatrzańskim, której był wieloletnim pre­zesem. Dzięki tej działalności wysunięto projekt utworzenia w Tatrach rezerwatu przyrody, uregu­lowania sprawy wycieczek turystycznych, powołano do życia Ochotniczą Straż Górską.

W latach 1925-1935 Pawlikowski był wiceprezesem Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Publikował kolejne prace dotyczące problematyki ochrony środowiska: „Pro­blemy prawne ochrony przyrody" (1912), „Prawo ochrony przyrody" (1927), „Prawodawstwo ochron­ne" (1932), „Ogólny rzut oka na istotę ochrony przyrody" (1932), „Rozbudowa prawnych podstaw ochrony przyrody w Polsce" (1934). Jego wielolet­nia praca zwieńczona została uchwaleniem przez sejm ustawy o ochronie przyrody. Pracował też nad pokrewnymi ustawami: łowiecką, rybacką, leśną, budowlaną. Walczył o utworzenie Tatrzańskiego Parku Narodowego i ochronę Bieszczadów.

Z jego inicjatywy powstało Międzynarodowe Biuro Ochro­ny Przyrody w Brukseli, którego działalność przeję­ła w 1946 r. Międzynarodowa Unia Ochrony Przy­rody i Jej Zasobów, funkcjonująca do dziś i zrze­szającą ponad 3000 badaczy z 70 państw. Mimo ogromnego autorytetu, przegrał batalię o budowę kolejki linowej na Gubałówkę, a zwłaszcza na Ka­sprowy Wierch, tłoczącą tłumy „turystów" w jedno z najcenniejszych i najbardziej wrażliwych miejsc Tatr. Na znak protestu przeciwko tej ostatniej in­westycji podał się wraz z całym składem Państwo­wej Rady Ochrony Przyrody do dymisji. Do końca życia, już prawie niewidomy, występował z rozma­itymi apelami, protestami ws. środowiska, propa­gował ochronę przyrody.

Ten wybitny i zapomniany Polak zmarł 5 marca 1939 r. we Lwowie, a pochowano go na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Pawlikowski do dzisiaj uczy nas pojednania kultury z naturą przez obcowanie z wolną przyrodą; przez poznawanie przyrody, budzące miłość ku niej i wio­dącej do miłości ojczyzny; przez wynikającą z mi­łości do przyrody ochronę jej piękna, jej skarbów i zabytków; przez kształtowanie krajobrazu, łączą­cego harmonijnie elementy natury i kultury; przez rozwijanie twórczości opartej o rodzime pierwiast­ki, tkwiące w polskiej przyrodzie i w polskiej duszy.

Po śmieci Pawlikowskiego Jan Alfred Szczepań­ski napisał gorzkie słowa: „umierając, widział Jan Gwalbert ruinę swych ideałów [...]. Miejsce ochro­ny przyrody zajęło jej brutalne niszczenie pod for­mą uprzystępniania. [...] realizacja jego wielkiej idei - Parku Narodowego Tatrzańskiego - jest sym­biozą z nowotworem kolejek i infekcją ceprostrad, jest kapitulacją przed niszczycielskim już swą li­czebnością tłumem. [...] łasi na forsę górale stanęli w pierwszym szeregu niszczycieli Tatr".

I jakkolwiek dzisiaj radykalizm Jana Gwalberta Pawlikowskiego - naukowca, literata, ekonomisty i narodowca, a nade wszystko twórcy polskiej ekolo­gii i idei ochrony środowiska może być przez nasze - przyznajmy, filisterskie już - umysły uznany za nieadekwatny do ducha XXI wieku i może według niektórych zakrawać na kierunek wsteczny i ar­chaiczny, a nawet blokujący postęp cywilizacyjny, to warto przypomnieć sobie mocne, jednoznaczne i niedające miejsca na kompromis słowa ojca pol­skiej ekologii i ochrony środowiska: „hasło powro­tu do przyrody to nie hasło abdykacji kultury - to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą, to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra".

Robert Wit Wyrostkiewicz

Źródło:
Artykuł ukazał się w kwartalniku Myśl.pl,numer 14, lato 2009


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Przedwojennych Wszechpolaków portret zbiorowy

niedziela, 14 lutego 2010 8:51


  Mimo niezwykle zaawansowanego stanu badań nad dziejami Narodowej Demokracji, Młodzież Wszechpolska (MW)- organizacja akademicka stanowiąca integralną część tegoż obozu nie doczekała się poważniejszego opracowania, które w sposób syntetyczny i całościowy jej dzieje. Można oczywiście odnaleźć nieliczne artykuły i teksty, poruszające rozmaite aspekty ideologii, struktur organizacyjnych i działalności tego stowarzyszenia. Mimo to zakres wiedzy o MW wciąż pozostaje niepełny. Z tego też powodu autor niniejszego artykułu podjął się próby nakreślenia ogólnego obrazu organizacji, aby ukazać jej specyfikę i najbardziej charakterystyczne cechy działaczy ją tworzących. Na potrzeby niniejszego tekstu ów ogólny obraz określono mianem „portretu zbiorowego".

   Każdy ruch polityczny, organizacja społeczna czy też stowarzyszenie wyłania w sposób naturalny ze swego grona pewną elitę. Elitę tę stanowi określona grupa jednostek ludzkich, które na tle zwykłego, szeregowego aktywu członkowskiego wyróżniają się pewnymi specyficznymi cechami. Są one oczywiście różne w zależności od charakteru konkretnej organizacji. Mogą zatem wśród owej elity znaleźć się osoby odznaczające się szczególnym intelektem, charyzmą, zdolnościami organizatorskimi, umiejętnościami oratorskimi itp. Wpływ na kształtowanie się charakteru elit mają z kolei takie czynniki jak chociażby czas i miejsce urodzenia poszczególnych działaczy, ówczesna sytuacja społeczno- polityczna, system wartości panujący w domu rodzinnym itp. Nie da się bowiem ukryć, iż atmosfera okresu dzieciństwa i dorastania, środowisko szkolne czy koleżeńskie i inne warunki zewnętrzne formują ludzki charakter, wyrabiają określoną mentalność, sposób postrzegania rzeczywistości, „wyciskając" tym samym piętno, decydujące niekiedy w sposób rozstrzygający o losach człowieka i obranej przez niego drodze życiowej. Mając na uwadze powyższe elementy warto zatem nieco bliżej przyjrzeć się najważniejszym aspektom życiorysów najbardziej aktywnych działaczy MW, aby w oparciu o nie „pokusić" się o wysnucie pewnych ogólnych wniosków pozwalających odpowiedzieć na pytanie, jaki typ ludzki reprezentowali sobą przywódcy wszechpolaków.

   Jak już wskazano powyżej niezwykle istotną kwestią, mającą znaczenie w procesie kształtowania charakteru i losu człowieka, jest czas jego narodzin. Nie chodzi tu oczywiście o dokładną datę urodzenia, ale raczej o pewien moment dziejowy oraz dominujące w nim prądy myślowe, zbiorowe dążenia, warunki polityczne, stan świadomości społecznej itp. W przypadku środowiska wszechpolaków analizowany przedział czasowy obejmuje (z pewnymi drobnymi odchyleniami) okres od schyłku XIX stulecia do momentu zakończenia I wojny światowej. Byli więc wszechpolacy tym pokoleniem, które „przychodziło na świat" w okresie niewoli, dojrzewało natomiast i wchodziło w dorosłe życie już w okresie funkcjonowania odrodzonej Polski. Słusznie zatem Roman Wapiński określa je mianem tzw. „pokolenia przełomu"1 Fakt ten nie pozostawał bez wpływu na światopogląd młodych endeków oraz działania podejmowane przez nich w kolejnych latach. Lata poprzedzające wybuch I wojny światowej były bowiem momentem szczególnego ożywienia dążeń niepodległościowych. Wzrost nastrojów patriotycznych musiał zatem w sposób zdecydowany wpływać na ówczesny system wychowania oraz idee i wartości przez niego przekazywane. Nie powinno zatem szczególnie dziwić, iż znaczna część wszechpolaków wywodziła się z domów przepojonych tradycją patriotyczną. Część z nich nierzadko już w okresie dzieciństwa „ocierała się" o wydarzenia i działania polityczne, mające na celu odzyskanie niepodległości. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć chociażby o postaci Wojciecha Wasiutyńskiego2 (jednego z liderów warszawskich narodowców), syna znanego działacza narodowego Bohdana Wasiutyńskiego, który należał do grona najbliższych współpracowników Romana Dmowskiego.

Patriotyzm przekazany młodym narodowcom przez rodziców znalazł zresztą bardzo szybko swój wyraz w czynnej postawie wyrażonej w chwili odradzania się Rzeczypospolitej oraz w okresie walk o granice. Działacze wszechpolscy, tacy chociażby jak Mieczysław Harusewicz uczestniczyli w rozbrajaniu oddziałów niemieckich w Warszawie w listopadzie 1918 roku3. Inni z kolei (np. Jan Rembieliński4, Zdzisław Stahl5) brali udział w walkach z Ukraińcami w Galicji. Jeszcze inni, w tym np. Janusz Rabski6, Tadeusz Bielecki7, Stanisław Piasecki8, Zbigniew Stypułkowski9, Kazimierz Kowalski10, Piotr Kownacki11 czy Stanisław Szayna12 walczyli jako ochotnicy w polskich formacjach zbrojnych w okresie wojny polsko- bolszewickiej oraz w czasie powstań śląskich. W tym miejscu warto także podkreślić, iż pewna część „wszechpolskich ochotników" była w omawianym okresie jeszcze niepełnoletnia. Mimo to poczucie obowiązku walki w obronie zagrożonej ojczyzny było w świadomości wszechpolaków czymś zupełnie naturalnym, nie podlegającym absolutnie żadnej dyskusji. Niezwykle trafnie tę właśnie naturalną postawą, panującą zresztą nie tylko w szeregach narodowców, ale wśród ogółu ówczesnej młodzieży przedstawił po latach na łamach czasopisma „Wszechpolak", pierwszy prezes MW Jan Rembieliński. W artykule zatytułowanym „Z dziejów Młodzieży Wszechpolskiej" pisał: „Młodzież jaka po zakończeniu wojny w roku 1920 zapełniła wyższe uczelnie w Polsce, mało podobna była do dzisiejszych, wprost ze szkół w progi wszechnic wstępujących maturzystów. Już sam jej wygląd zewnętrzny był zgoła odmienny: wszyscy niemal w długich butach, bryczesach, bluzach i płaszczach wojskowych, z lekka tylko przerobionych na „cywilne", przez usunięcie naramienników i zastąpienie metalowych guzików mundurowych rogowymi. Każdy niemal ze studentów tych był krócej albo dłużej na froncie, zaglądał śmierci w twarz, nierzadko dowodził w boju kompanią, a nawet batalionem. Każdy niejedno zdążył przeżyć, z niejednym się otrzaskał. Ten i ów powracał na uczelnię, jako inwalida. Otóż dla psychiki tego pokolenia młodych, obytego z wojną i śmiercią, to co określa się mianem „czynu legionowego", „legendy legionowej" itp. było czymś bliskim przez poczucie koleżeństwa bojowego, ale na pewno nie wydawało się czymś nadzwyczajnym, imponującym. Bić się za Polskę, pełnić służbę żołnierza- to potrafił każdy z nas (...)"13. To splecenie pierwiastków „ducha żołnierskiego" z żywym ideowym patriotyzmem wytworzyło w krótkim czasie specyficzny typ mentalności wszechpolskiej. Zjawisko to uwidaczniało się w sposób niezwykle wyraźny w charakterystycznej „retoryce walki", artykułowanej przez młodych narodowców na łamach licznych pism narodowych. Już pobieżna analiza samych tylko tytułów artykułów prasowych, a także ich treści jasno wskazują, iż tradycje żołnierskie i bojowe pozostawały w tym środowisku niezwykle żywe14. Odwołania do „ducha walki" odnaleźć można także w popularnych pieśniach organizacyjnych MW. Dobrym przykładem może tu być chociażby pieśń autorstwa Antoniego Doleckiego, zatytułowana „My chcemy Polski Narodowej", której słowa brzmiały następująco:

My chcemy Polski Narodowej
O usłysz, Boże Młodych śpiew
My wierni idei Chrobrowej,
Oddamy za nią życie, krew!

Ojczyzno nasza Pani,
Pójdziemy dla Cię w bój-
My Twoje dzieci i poddani-
- o nasze prawa i byt Twój

My chcemy sztandar naszej wiary,
Boga ,Ojczyzny w górę wznieść,
Brud wszelki, pył podłości szary
Sprzed stóp Chrobrowej Polski zmieść!

Ojczyzno nasza Pani... itd.

Będziemy strzec całości granic
Przed Niemcem, co wyciąga pięść,
Nie damy żydom Polski- za nic!
W walce z wrogami Boże szczęść!

Ojczyzno nasza Pani...itd.15


   W ten oto sposób w szeregach wszechpolskich formował się pewien „gatunek" człowieka, którego śmiało można określić mianem „żołnierza idei", postrzegającego swoją działalność organizacyjną w kategoriach swoistej służby, dla której wzorem miał być żołnierz czujnie stojący na straży niepodległości i wielkości ojczyzny. Stąd też w kręgach przywódczych MW dostrzec można liczny zastęp ludzi gotowych na wielkie poświęcenia, osobiste wyrzeczenia, niekiedy wręcz fanatycznie gorliwych w dążeniach do realizacji wytyczonych idei. Zewnętrzne przejawy owego ideowego fanatyzmu dostrzec można przede wszystkim w okresie lat trzydziestych ubiegłego stulecia16. Wówczas to Narodowa Demokracja coraz wyraźniej politycznie marginalizowana przez władze sanacyjne stawała wobec konieczności znalezienia pozaparlamentarnych metod oddziaływania na społeczeństwo polskie. Stąd w jej poczynaniach niezwykle często odnaleźć można przemoc fizyczną, która miała stanowić sposób manifestacji własnych przekonań i programu politycznego. Szczególną rolę w tym względzie odegrała właśnie młodzież endecka, która już w latach poprzednich udowodniła, iż gotowa jest do walki w obronie ideałów narodowych. Jednym z jaskrawych przykładów takiej właśnie postawy były chociażby wydarzenia z grudnia 1922 roku, kiedy to młodzi narodowcy w akcie sprzeciwu wobec wyboru na prezydenta Gabriela Narutowicza starli się w walkach ulicznych ze zwolennikami lewicy17. Jednak najbardziej dobitnym przykładem, który wskazywał bezkompromisowość wszechpolaków była walka zbrojna przeciwko zbuntowanym oddziałom marszałka Piłsudskiego w maju 1926 roku. W czasie ich trwania narodowcy udowodnili, iż słowa o gotowości przelania krwi a nawet oddania życia za idee narodowe nie są tylko czczym frazesem. W czasie walk śmierć poniosło dwóch warszawskich wszechpolaków (Karol Levittoux18 oraz Szczepan Olchowicz19). (...) Jacek Misztal

Cały artukuł można przeczytać na: LINK-endecja.pl lub  LINK- mw.org.pl


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Władysław Konopczyński - "O miejsce Dmowskiego w historii"

sobota, 02 stycznia 2010 14:25

 

   W dniu 71. rocznicy śmierci Romana Dmowskiego redakcja konserwatyzm.pl prezentuje tekst wspomnieniowy profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Władysława Konopczyńskiego z 1939 roku.

Upłyną lata, dojrzeją doświadczenia i wnioski, nim historia orzecze, czym był dla Polski i świata Ten, czyje szczątki oddaliśmy dopiero co ziemi rodzicielce. Lekkomyślnością byłoby już dziś rozróżniać ostatecznie, co Dmowski przejął z wysiłku pokoleń, co zaczerpnął z bratnich dusz Popławskiego i Balickiego, a co sam z siebie włożył w dzieje narodowe. Skoro już jednak kładziono go na szali porównawczej z mężami stanu minionych wieków skoro porównano z nim i innych współczesnych, skoro On sam w marzeniach obcował z Chrobrym i Krzywoustym, - to wolno chyba historykowi sposobem tymczasowym zaszeregować jego osobę między poprzedników - ludzi pióra, słowa i czynu, szermierzy tej samej ojczystej Sprawy.

***

Jedno porównanie wydaje się już dziś bezspornym: Dmowski wejdzie do pierwszego rzędu naszych pisarzy politycznych, w którym zasiadają Ostroróg, Modrzewski, Skarga, Leszczyński, Konarski, Kołłątaj, Staszic - na kilka rzędów przed Orzechowskim, Górnickim, Starowolskim, Wybickim. Tu już na wstępie, nawet odkładając na bok ocenę głębokości talentu i oryginalności, nasuwa sie takie zestawienie. Co osiągnęli piórem tamci dostojni, czy oświecili naród lub uszlachetnili; w jakiej mierze wprowadzili w życie swe idee?

W bardzo skromnej. Przemawiali ponad tłum; niektórzy czasem na wiatr, mało się troszcząc o to, kto ich myśli urzeczywistni. Z jednym oczywiście wyjątkiem - Stanisława Konarskiego. Ów nie tylko siał, ale też przedtem głęboko orał i użyźniał.

Tak samo Dmowski za naszych dni wiedział, dla kogo pisze, i umiał sobie realizatorów wychować, zorganizować. Jeżeli też nawet uwzględnimy różnicę między odbiorcami myśli Modrzewskich czy Leszczyńskich, a czytelnikami Dmowskiego, że tamci byli pijani wolnością, a ci wytrzeźwieni niewolą, to jeszcze pozostanie na korzyść zgasłego Nauczyciela ta odrębna właściwość, że umiał lepiej zespolić działalność pisarską z właściwą robotą polityczną, niż ją zespalali bliscy poprzednicy np. Mochnacki lub Szczepanowski.

Zresztą z księdzem Konarskim (którego Dmowski trochę niedoceniał, bo go bliżej nie znał) łączy go jeszcze inne pokrewieństwo. To byli dwaj najwięksi może Praeceptores Poloniae. Uczyli nas, jak być narodem. Paradoks, czy bluźnierstwo?

Ani jedno, ani drugie. Surowe słowa greckiego myśliciela, które Niemiec Hüppe zastosował do charakterystyki dawnej Rzplitej: „zamiast stać się narodem, zasmakowali w demagogii", zawierały w sobie niestety dużo prawdy, i dużo napracował się Konarski, nim wpoił szlachcie zrozumienie tego, że trzeba poświęcić różne wyskoki swego ja, aby wytworzyć narodowe my.

Za czasów Dmowskiego pod obcym jarzmem jeszcze trudniej było „stać się narodem". Choć to już było po pierwszych legionach i po Mickiewiczu, świadomość narodowa ulegała niebezpiecznym przyćmieniom. Jedni ją utożsamiali z porywem buntu przeciw obcemu uciskowi; inni pod obuchem klęsk rezygnowali z wyższych celów w imię „organicznego" bogacenia się; niektórzy utożsamiali narodowość, jako zjawisko przyrodzone, z używaniem wspólnej mowy i przymykali oczy na grożące jej niebezpieczeństwa; nikt nie wyczuwał obcych rozkładowych wpływów. Gasło poczucie odpowiedzialności za Polskę. Między trójlojalizmem, zarażającym sumienia, a oszukującą je jałową frazeologią wiecznych cierpiętników powstańców, nie wyobrażano sobie pośredniej metody działania, - metody walki o Wolną Ojczyznę - przez codzienne ofiarne czyny, zwłaszcza przez pracę oświatową - polityczną nad ludem.

Takiego abecadła nowoczesnego patriotyzmu uczyli Popławski, Balicki i Dmowski, i była to nauka równie nowa. Jak w swoim czasie wywody Konarskiego o Skutecznym Rad Sposobie, i dlatego na nich obu rozciągnąć można porównanie z Kopernikiem, co ziemi - jednostce kazał się obracać koło słońca, - z Sokratesem, co filozofię ściągnął z niebios i umieścił ją pod strzechami. Nikt tak wytrwale, jak autor „Myśli nowoczesnego Polaka" nie zaprzęgał jednostek w służbę narodu, nikt tak śmiało i mądrze, jak ten nowy „sapere ausus" nie tępił w nas przesądów politycznych, aż ugruntował nowoczesną świadomość narodową w naszych umysłach - i sumieniach.

***

Tamci wszyscy od Modrzewskiego do Staszica pełnili swój trud w środowisku wolności, nie pod obcym jarzmem. Bywały spory z Modrzewskim, skargi na Skargę; anonimowo poczynali sobie następcy w ciężkiej aurze szlacheckiego ostracyzmu, ale ich żadne żandarm ani cenzor nie prześladował. Celów, jakkolwiek bądź, za życia nie osiągali.

Dmowski od początku pisał rzeczy niecenzuralne, wychowywał jednostki w uczniowskiej Strażnicy, dziesiątki w dojrzałej Lidze, setki w młodzieńczym Zecie, potem dopiero tysiące w jawnym, ale ściganym Stronnictwie. Nowe trudności stanęły przed Nim, gdy jako leader narodowców całego zaboru rosyjskiego musiał naraz podtrzymywać ducha w kraju - i realizować możliwe postulatu w Petersburgu, walcząc z carską biurokracją i z pruską intrygą. Cała przeszłość „powstańcza", galwanizowana przez bojówki PPS, cała choroba „na Moskala" i galicyjskie zwodnicze pokusy i pruskie prowokacyjne trąbki z pod Gravelotte głuszyły wymowę jego argumentów, rozstrajały jego instrument. Pomógł, prawda, swą brutalnością duch pruski, pomogło żywiołowe odcięcie się od sugestii żydowskich.

Zagrzmiała Wojna Światowa... Pierwsze dni sierpnia 1914 roku.. Widziałem wtedy Dmowskiego siedzącego na wiązce słomy w szczecińskim „ViehBahnhofie", zadumanego nad Krzywoustym, zapatrzonego w wizję Polski wolnej, nadbałtyckiej... Przyszły nowe trudy, trudy kanclerskie, królewskie. Sapere ausus dwoił i troił swą mądrość, swą odwagę. Dzięki niemu Polska nie dała Wilhelmowi Bartków Zwycięzców, nie pchnęła wojującej w naszym interesie Rosji napowrót w objęcia Niemiec. Syn kamieniarza z Pragi wśród rządców świata podpisał w Zwierciadlanej Sali akt wyzwolenia Polski i innych ludów.

Perspektywa dziejów? Porównania? Może z Ignacym Potockim, co nas zaprowadził do Berlina? Może ze szlachetnym księciem Adamem, co wywalczył ochłap wiedeński? Może z Jagiełłą, co miał pod ręką rycerstwo grunwaldzkie, a zdobywał w traktacie tylko dla Litwy Żmudź? Z Kazimierzem, Stefanem czy Władysławem? Nie, jeśli chodzi o sukces traktatowy, to żadne porównania ty nie wystarczą. „Wielki", czy tylko „szczęśliwy"? Owszem, na pewno i wielki i szczęśliwy. Dmowski dożył chwili po podpisanym pokoju, kiedy mówił o sobie przyjacielowi - historykowi: „Osiągnąłem swój cel w 90 procentach".

***

Mówił, prawda, kiedy indziej o swych ponurych przeczuciach, że przewiduje jeszcze ciężką wojnę z Niemcami. Zapatrzony w swój główny front bojowy, mniej może myślał wtedy o zawieruchach wschodu, a nie uprzytomniał sobie przejść, jakie go czekały w kraju - ze swoimi. Trzeba było dopiero wyzwalać Polskę z pęt zależności cielesnej i duchowej od Żydów, od masonerii, od międzynarodówek kapitalistów - i marksistów, aby naprawdę zasiadła, jak gospodarz, na swojej ziemi i mogła swój własny wyłaniać rząd.

I zaczęły się rzeczy nieprawdopodobne, o których zbyt ciężko pisać...

Mąż stanu, który po wojnie światowej wprowadził swój naród między zwycięzców, wywalczył dlań Pomorze, Wielkopolskę i Śląsk, wygrał spór o Lwów, rozstrzygnął na rzecz Polski sprawę wileńską, wyzwolił miliony, milionom dał miliardy, został z dalszego państwowego życia Rzplitej wykreślony. Jego hasło umiłowane - Naród Polski - wymazane z konstytucji, aby po latach wrócić na afiszu wyborczym - przywłaścicieli. Jego twór ostatni - Obóz Wielkiej Polski - rozwiązany Jego symbol - miecz Chrobrego zdzierany z piersi bojowników jako antypaństwowy. Jego przyjaciele - znieważani. Jego słowo - konfiskowane. Jego imię tępione w podręcznikach szkolnych. A wszystko to dla stłumienia tej ideologii narodowej, która jednocześnie na oczach wszystkich podnosiła Włochy i Niemcy do niebywałej potęgi...

To już są rzeczy, urągające wszelkim zestawieniom historycznym. Tego ani u nas kiedy indziej, ani na świecie gdzie indziej nie było. A zresztą, może mu się to należało. Pewno dał państwu za mało. Więc pochowano go za miastem wśród najuboższych - na Bródnie.

Za: konserwatyzm.pl


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Maciej Eckardt - "Dmowski. Po prostu Dmowski"

sobota, 02 stycznia 2010 14:21

 

   Dzisiaj mija 71. rocznica śmierci Romana Dmowskiego. Wielkiego Polaka, polityka, autora niezwykłych książek, które kształtowały umysły i sposób myślenia setek tysięcy Polaków. Był politykiem, którego Opatrzność dała Polsce w momencie newralgicznym jej dziejów. Dała człowieka, który systematyczną i „upartą" pracą przygotował naród na niepodległość. Dała kogoś, kto oprócz zorganizowania Polaków w trzech zaborach, potrafił swoim autorytetem, zapobiegliwością i głębią myśli stanąć do najważniejszej rozgrywki swojego życia - konferencji pokojowej w Wersalu pod Paryżem. Tam, pośród decydentów nowego ładu europejskiego, wywalczył Polsce miejsce na mapie Europy.


   Choć przewyższał intelektem wszystkich najważniejszych polityków swojego czasu, pozostawał człowiekiem skromnym i przystępnym. Stworzył ruch polityczny, z którym utożsamiły się miliony Polaków. Potrafił przekonywać do siebie niezwykle celnymi analizami geopolitycznymi. Widział sprawy polskie na szerokim planie, uwzględniając polską tradycję, duszę i charakter, na którego kruchość i niestałość wielokrotnie narzekał. Nadał polskiemu ruchowi narodowemu katolickie oblicze, przechodząc do historii, jako autor słynnych słów, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale stanowi jej istotę.

   Nie był oczywiście Dmowski ideałem, a nie wszystkie jego koncepcje się sprawdziły. Sam wielokrotnie powtarzał, że nie ma nic gorszego w polityce, jak „talmudyzm" i trzymanie się kurczowo koncepcji, którą okoliczności zewnętrzne czynią nieaktualną. Ale to nie koncepcje polityczne Romana Dmowskiego mają dla mnie wartość, lecz szkoła politycznego myślenia, którą stworzył. Szkoła, której elementami były logika, dogłębna wiedza, chłodna analiza, odrzucenie „mesjaństwa", ważenie potencjałów i konsekwencja. Żaden inny polski nurt polityczny, poza narodowym, takiej szkoły politycznego myślenia nie wytworzył.

   Dzisiaj o Dmowskim mówi się coraz mniej emocjonalnie i coraz mniej nienawistnie. Czas zrobił swoje. Wytłumił emocje, pozwolił obiektywnie spojrzeć na dokonania Dmowskiego z perspektywy historycznej, co pozwoliło oddać tej postaci należne jej honory. Oczywiście, wciąż nie brakuje „nienawistników", zarówno z lewa jak i prawa, dla których Dmowski i ruch narodowy, to wcielenie obskurantyzmu i ciemnogrodu (Michnik i jego KOR-owska kamaryla), czy „wiecznie żywy" antysemityzm (Lech Kaczyński - „Ja mam głęboką niechęć do endecji", „Postawienie na antysemityzm jako element konsolidacji narodowej było zasadniczym błędem").

   Dmowski doskonale broni się sam. Był człowiekiem swoich czasów, z zaletami i wadami. Na pierwszym miejscu stawiał interesy polskie, więc w sposób oczywisty wchodził w zwarcie z interesami niemieckimi, ukraińskimi, rosyjskimi czy żydowskimi. A znał i wyczuwał te interesy jak mało kto, dlatego budził autentyczną nienawiść u przedstawicieli tych nacji, których grę potrafił przejrzeć i jej przeszkodzić. Nie zważał przy tym na własny wizerunek, czy „pijar", bo w tamtych czasach, własne interesy i dobre samopoczucie stawiało się na końcu.

   Mam w swojej bibliotece wszystkie najważniejsze książki Dmowskiego, zarówno te wydawane dzisiaj, jak i wydania przedwojenne. Szczególnym sentymentem darzę jednak „Politykę polską i odbudowanie państwa", nie tylko ze względu na fakt, że od niej zaczynałem swoją przygodę z narodową demokracją, ale również dlatego, że posiadam jej dwa wydania przedwojenne, w tym jedno z roku 1925, na kartach którego jest umieszczona szczególna dedykacja Romana Dmowskiego dla prof. Władysława Konpczyńskiego (książkę wypożyczyłem do Muzeum), wybitnego historyka związanego z nurtem narodowym.

   Warto dzisiaj, kiedy na chwilę przystaniemy w pogoni za doczesnością, westchnąć za duszę śp. Romana Dmowskiego, bo dobrze przysłużył się Ojczyźnie. Żył jej sprawami do samego końca, skromnie i cicho odszedł z tego świata po wieczną nagrodę, ale i napomnienia, bo jak wspomniałem, nie był wolny od wad. Dzisiaj jednak tworzy panteon najważniejszych polskich postaci, bez których dzieje Polski mogły wyglądać zupełnie inaczej. Dał Polsce intelekt, talenty, niezmordowany wysiłek i serce. Pokazał, czym jest służba Najjaśniejszej bez względu na okoliczności. Dlatego Dmowskiego cenię najwyżej z polskich polityków pierwszej połowy XX wieku.

Maciej Eckardt

Źródło: eckardt.pl


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Kulisy wywiadu z Romanem Dmowskim: „Polityka", 1936/ 1939 r.

sobota, 02 stycznia 2010 12:17



Od Redakcji:

   Roman Dmowski - jedna z najwybitniejszych postaci naszej historii - był mężem stanu, politykiem, pisarzem, publicystą, twórcą i przywódcą polskiego Obozu Narodowego. W sposób szczególny jest on symbolem niezależnej polityki polskiej, której przejawem była działalność Ligi Narodowej, Stronnictwa Demokratyczno - Narodowego, Zjednoczenia Ludowo - Narodowego, Stronnictwa Narodowego, Obozu Wielkiej Polski, Obozu Narodowo -  Radykalnego, a następnie w czasie II wojny światowej Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowej Organizacji Wojskowej oraz walka niepodległościowych formacji narodowych z okupacją komunistyczną po 1945 roku.

   Dziś, 2 stycznia 2010 roku mija 71. rocznica śmierci tego Wielkiego Polaka. Z tej okazji dla naszych czytelników przygotowaliśmy niespodziankę. Poniżej przedstawiamy kulisy wywiadu jaki został przeprowadzony przez Mieczysława Pruszyńskiego z Romanem Dmowskim dla pisma „Bunt Młodych" w 1936 roku,  a który ukazał się dopiero po jego śmierci 6 sierpnia 1939 roku w piśmie „Polityka".



Rozmowa z Romanem Dmowskim

[pisownia oryginalna]

 

   W jesieni 1935 roku na łamach „Buntu Młodych" ogłosiłem wywiad na temat niedawnej historii ze Stanisławem Grabskim, który z właściwą sobie bezpośredniością mówił o ludziach i wypadkach, między innymi przeprowadził niezwykle intere- sujące porównanie charakterów dwu ludzi: Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Wywiad ten wywołał sporo ech w prasie i nieco dyskusji w kołach politycznych. Jemu też zawdzięczam inny wywiad, mianowicie z byłym ministrem Aleksandrem Ładosiem, członkiem naszej delegacji pokojowej w Rydze, który nawiązując do wspomnień Grabskiego, ogłosił fakty rzucające zupełnie nowe światło na rokowania pokojowe polsko-rosyjskie. Ale wracajmy do rzeczy.

 

   Otóż rok później - pod koniec listopada lub z początkiem grudnia - zatelefonował do mnie mój dobry znajmy Jaś Rostworowski, pozostający w bliskim kontakcie z kołami Stronnictwa Narodowego i oświadczył mi, że osoba najbardziej miarodajna w Stronnictwie zainteresowała się naszym wywiadem. Zeszliśmy się wkrótce i wtedy dowiedzieliśmy się, że tą osobą jest ni mniej ni więcej tylko Roman Dmowski. Co więcej, okazało się, że Dmowski nie podziela słuszności wszystkich twierdzeń Stanisława Grabskiego i że wydaje się byś skłonny do sprostowania ich czy uzupełnienia.  Toteż doszliśmy do wniosku, że w tej sytuacji należy zwrócić się do Dmowskiego z prośbą o wywiad historyczny. Po kilku dniach poinformowano nas, że „prezes" wyraził życzenie, bym do niego zatelefonował. (Dmowski zlikwidował już w tym czasie swój mająteczek w Poznańskiem i zamieszkał stale w mieszkaniu jednego ze swych przyjaciół w Warszawie).

   Przyznam się, że nie bez wzruszenia nakręciłem tarczę telefonu by rozmawiać z człowiekiem, którego po Piłsudskim uważam za najbardziej dla powstania państwa polskiego zasłużonym. W aparacie odezwał się głos kobiecy, wymieniłem swe nazwisko i poprosiłem by mnie zameldowano panu prezesowi Dmowskiemu. Po chwili usłyszałem głos męski i słowa:

 - Tu mówi Dmowski...

   Rozmowa trwała krótko. Powiedziałem, że wiem o zainteresowaniu Dmowskiego naszym wywiadem z Grabskim i że uważalibyśmy za bardzo zaszczytne, gdyby on, Dmowski zechciał się wypowiedzieć w tej sprawie na naszych łamach. Dmowski w odpowiedzi oświadczył, że w zasadzie wywiadów prasowych nie udziela, toteż i w tym przypadku od tej zasady nie odstąpi, jednak słyszał o naszym piśmie, poglądy nasze go interesują i nic nie ma przeciwko temu, bym go któregoś dnia odwiedził. Wobec tego poprosiłem, by ustalił dzień i godzinę audiencji.

   Późnojesiennego wieczoru, (1936 r.) punktualnie o godz. 5 po południu szedłem ulicą Wiejską, by po chwili znaleźć się w dużym postronnym salonie. Pokój był jasno oświetlony, w głębi stało szerokie biurko, pod którym żarzyła się lampa elektryczna od ogrzewania, przy ścianach stały piękne szafy z książkami, w rogu pokoju zaś kilka wielkich klubowych foteli. Z jednego z nich powstał na moje spotkanie starszy, siwy, pochylony nieco wiekiem pan, którego twarz o twardym surowym wyrazie jest nam wszystkim tak dobrze znana z licznych fotograficznych reprodukcji.

   Rozmowa zaczęła się bynajmniej nie tak jak przypuszczałem, tzn. od zagadnień politycznych ale raczej tak, jak zwykli ją zaczynać ludzie około sześćdziesiątki poznający kogoś znacznie młodszego od siebie, tzn. od zagadnień natury towarzysko-genealogicznej. Dmowski bardzo uprzejmie rozpytywał się o członków mej rodziny, których na przestrzeni swego długiego życia poznał, o jednym z nich opowiedział mi nawet ciekawy szczegół natury heraldycznej, dotychczas mi nie znany. Z kolei rozmowa przeszła na osoby innych publicystów „Polityki", przy czym Dmowski ku memu zdziwieniu okazał niezmierne żywe zainteresowanie zagadnieniami genealogicznymi i heraldycznymi. Np. gdy wymieniłem nazwisko jednego wybitnego polityka, zaszczycającego od czasu do czasu nasze pismo wypowiedziami na aktualne tematy polityczne - Dmowski poświęcił dłuższy czas ocenie... almanachu genealogicznego, opracowanego przed laty przez ojca wspomnianego męża stanu (rozmawialiśmy o piotrze Borkowskim, byłym wojewodzie poznańskim i lwowskim).

   Mnie oczywiście zagadnienia genealogiczne wydawały się mimo wszystko błahe - nawet w ustach takiego rozmówcy jak Dmowski - i starałem się skierować rozmowę na dziedzinę polityczną. Najstosowniejszym pomostem okazali się konserwatyści. Temat ten wyraźnie interesował Dmowskiego, toteż z usta autora „Upadku myśli konserwatywnej w Polsce" przyszło m i usłyszeć dłuższy wywód poświęcony działalności stronnictwa konserwatywnego na przestrzeni ostatniego czterdziestolecia. Uwagi Dmowskiego zawierały dużo dowcipu, ale może jeszcze więcej złośliwości.

 

  O konserwatystach z Królestwa

  I konserwatystach z Krakowa

 

- Twierdzę nieraz - mówił Dmowski - że jestem właściwie jedynym konserwatystą w Polsce. Tamci inni konserwują tylko własne majątki! Teza, którą postawił wygląda mniej więcej tak: w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku ginął konserwatyzm ultra-montański. „Pamiętam jeszcze jego resztki" - mówił Dmowski. Potem doszły do głosu w konserwatyzmie prądy liberalne stojące na gruncie rewolucji francuskiej. Niestety w Polsce arystokracja tworzy się i odnawia podług zasady kontynentalnej, przyjętej w Niemczech i Francji, a nie na zasadach przyjętych w Anglii, (tzn. majoratu majątkowego oraz nominacji nowych lordów spośród wielkich kupców, przemysłowców i wojskowych), dzięki czemu warstwa ta zmniejsza u nas swą życiową prężność. Toteż i w obozie konserwatywnym wpływ faktyczny ziemian i hrabiów osłabł, poprzestawali oni coraz bardziej na dawaniu firmy - treść zaczął dawać kto inny. Zdaniem Dmowskiego ton zaczęli konserwatyzmowi nadawać dziennikarze, zazwyczaj zdolni, sprytni i rzutcy oraz o tych czy innych powiązaniach masońskich. Dmowski wymienił tu kilka nazwisk zdecydowanych masonów ze Spasowiczem na czele. Wymienił i Blocha, u którego podług autora „Zukunft Polent", Kleina,  Spasowicz miał się zetknąć ze znanym przywódcą konserwy krakowskiej. (Do twórczości naukowej Blocha odniósł się Dmowski raczej z rezerwą twierdząc, że nad jego dziełami pracowało zazwyczaj pięciu urzędników, prasa masońska je pochwalała, aż wreszcie „Times" napisał, że autor nie ma pojęcia o ekonomii). Masoneria bowiem przyczyniła się do upadku Polski, a po tym starała się tworzyć ugodę. Wpływy żydowskie były duże. „Wyszli z Kościoła, zeszli do - kahału" zauważył złośliwie.

   Nie podzielałem wprawdzie w pełni tych poglądów, ale poprzestałem na uwadze, że konserwatyzm Królestwa i Galicji były to twory dość różne. Dmowski odpowiedział:

   - Znałem konserwatystów krakowskich. Z moim przyjacielem Popławskim, któremu wiele doświadczenia zawdzięczam, nieraz mówiliśmy o konserwatystach krakowskich, że dużo się można od nich nauczyć, ponieważ znali i rozumieli ducha naszych dziejów.

   Dmowski dodał, że bywał w klubie towarzyskim konserwatystów w Krakowie (Resursie?) i przypomina sobie, że kiedyś miał z nimi dłuższą dyskusję na temat nowoczesnej techniki organizowania wyborów parlamentarnych.

 

Spotkanie z Piłsudskim

 

   Skoro już mówiliśmy o czasach przedwojennych Krakowa, nasunęło się samo przez się pytanie:

   - A z Józefem Piłsudskim zetknął się pan prezes wówczas?

   - O ile zetknięciem się można nazwać 9 godzinną rozmowę - to nastąpiło ono ale nie w Krakowie, tylko na drugiej półkuli - w Japonii.

   - Było to w roku 1905 - opowiadał dalej Dmowski. - Dowiedziałem się, że Piłsudski zamierza jechać do Japonii, by uzyskać pomoc dla przygotowania powstania w Królestwie. Dla przyczyn, które pan zna zapewne, uważałem wówczas wybuch powstania za niewskazany i postanowiłem udać się do Tokio, by paraliżować akcję Piłsudskiego. Przyjechałem też do Tokio prze nim.

   - Przed nim?

   - Tak. Gdybym  przyjechał po nim, byłoby za późno. Byłem przyjęty kilkakrotnie przez zastępcę szefa japońskiego sztabu generalnego. Wręczyłem mu dwa memoriały o sytuacji Polaków w Rosji. Reakcyjne „Nowoje wremja" dowiedziały się z niedyskretnej notatki „Corriere della Serra" o mojej wizycie w Tokio i zapytywały: Co tam robi Dmowski? Udało mi się z początku zachować incognito, aż włoski dziennikarz zdradził moją obecność.

   Któregoś dnia poszedłem na pocztę nadać list. Nagle widzę, że ulicą jadą dwa wózki ciągnione jak zwykle przez ludzi, a w nich dostrzegam twarze dziwnie jakoś znajome, gdyż bardzo polskie. Gdy podjechali, bliżej w moją stronę - poznałem jednego pasażera: był to Filipowicz. Zawołałem do niego:

- Dokąd tak jedziecie?!

- Do was!

- No to zaczekajcie chwilę, zaraz tu będę.

   Była godzina 3 po południu, gdy rozpoczęliśmy rozmowę we trójkę - gdyż drugim podróżnikiem był Piłsudski. Około 5 opuścił nas Filipowicz. Sami we dwójkę rozmawialiśmy z Piłsudskim do 12 w nocy. Wiedzieliśmy, że się nie przekonamy - ale ileż mieliśmy wspólnych trosk i uczuć! Powiedziałem Piłsudskiemu: - Oczerniać was tu nie będę, ale będę wam przeszkadzał...

   Istotnie, starałem się, ile mogłem, pokrzyżować jego plany. Bałem się, że za koncepcją Piłsudskiego opowie się minister spraw zagranicznych, który był w złych stosunkach ze sztabem i mógł  tą drogą próbować się odgrywać. W sztabie zapewniono mnie jednak, że w czasie wojny wszystko zależy od marszałka... (Dmowski wymienił tu nazwisko lecz jego dokładnego brzmienia nie zdążyłem zanotować). Wobec tego marszałkowi posłałem odpowiedni wniosek. Dwa tygodnie czekałem na decyzję. Poczem zakomunikowano mi, że sprawa została rozstrzygnięta po mojej myśli.

   Nie miałem już nic do roboty w Tokio. Poszedłem do Piłsudskiego, by się pożegnać. Zwiedziliśmy jeszcze razem Tokio oraz  (tu Dmowski wymienił jeszcze jakąś nazwę, której również nie pamiętam w ścisłym brzmieniu)

- Przy pomocy jakich argumentów przekonał pan prezes sztab japoński o słuszności swojego stanowiska?

- Wytłumaczyłem im, że po każdym stłumionym powstaniu Polacy na 30 lat zupełnie z sił opadają. Że zatem w interesie Japonii leży, by nie dopuszczać do wybuchu powstania, bo wtedy groźba powstania stale wiąże rosyjskie siły na zachodzie.

Potem Dmowski rzekł:

- Wbrew temu co wielu myśli - stosunki osobiste z Piłsudskim zawsze miałem dobre. Przede wszystkim nigdy nie oczerniałem Piłsudskiego - a przed wojną było to na porządku dziennym.

 

   Dalej opowiadał Dmowski, że dobrze znał nieżyjącego dziś brata Marszalka - Bronisława. Po jego powrocie z Sachalina wyrobił mu nawet posadę, o ile pamiętał w jednym z biur Komitetu Narodowego. Był to też prawdziwy szlachcic - opowiadał Dmowski - kiedyś przyszedł do Zamoyskiego i mówi: „Panie hrabio, podpisz mi pan paszport - co taki... (tu wymienił nazwisko wielkiego przemysłowca i honorowego konsula brzmiące z niemiecka) będzie mi podpisywał!".

   - W roku 1929 byłem w Paryżu. Tak się złożyło, że w restauracji poznałem przypadkiem fabrykanta sukna z Alzacji. Nie wiedział, kim jestem. Mówiliśmy o polityce. Skarżył się, że u nich w kraju jest bałagan. - Wy jesteście szczęśliwi, że macie Piłsudskiego - powiedział. Nie protestowałem...

 

O politykach Centrolewu

 

   Ujemnie natomiast brzmiał sąd Dmowskiego o wielkich politykach naszej lewicy demokratycznej.

- Nasi działacze demokratyczni - to skończeni tchórze, mówił Dmowski, gdy go o nich zagadnąłem. Witos? - nie lepszy od innych - zapalił się. - Pamiętam do dziś dnia listopad 1923 roku, dni rozruchów krakowskich. Odbywa się Rada Ministrów. Stawiam wniosek: uchwalić bez dyskusji stan oblężenia w województwie krakowskim, sądy doraźne. Wniosek przeszedł jednogłośnie. Wychodzimy z Sali obrad. Słyszę jak z sąsiedniego pokoju Kiernik telefonuje do Krakowa: „...bo będziemy musieli zaprowadzić stan wyjątkowy". Wiedziałem już, że nic z tego nie będzie...  Na drugi dzień wszyscy jednomyślnie głosowali - prócz mnie, oczywiście. I wtedy tchórzyli i teraz. Oni tchórzliwością przypominali zachodnich demokratów - ministrowie rosyjscy byli gotowi narażać się na zamachy rewolucjonistów za swe przekonania!

   Miałem możność usłyszeć również kilka uwag Dmowskiego o współczesnych przywódcach młodego pokolenia narodowego. Jednego z nich - swego czasu dość znanego kandydata na dyktatora - Dmowski scharakteryzował równie dowcipnie, co złośliwie.

 

Dmowski o własnej roli w Polsce

 

   Pamiętam jeszcze jeden szczegół tego wieczora. Gdy podano herbatę - Dmowski, jak na uprzejmego gospodarza przystało, podał m i cukiernicę. Gdy wzbraniałem się wziąć cukier przed nim - Dmowski rzekł, że tylko król jest zwolniony od obowiązków gospodarza. Odpowiedziałem coś w tym sensie, że przecież jego rola jest w Polsce najzupełniej wyjątkowa.

- Tak, jestem ambitny... mam ambicję..., wierzę, że przeorałem bruzdy w życiu polskim, może głębsze niż wielu jeszcze dziś myśli...

   A gdy jakiś czas potem  żegnają Romana Dmowskiego i dziękując za udzielenie mi tej rozmowy, poczytałem sobie za elementarny obowiązek podkreślić jego historyczną rolę przy odbudowaniu państwa polskiego - otrzymałem odpowiedź:

- Mam ambicję, że byłem pierwszym z Polaków, którzy zaczęli prowadzić politykę na własny rachunek. Przedtem nawet nie od rozbiorów, ale trzy wieki przedtem prowadzili Polacy Politykę na rachunek Francji, Turcji, Niemiec, Rosji.

   Nie bez pewnego wzruszenia, opuszczałem to na pozór niczym się nie różniące od innych mieszkanie w zwykłej warszawskiej kamienicy.

   Widziałem Dmowskiego w owym dniu po raz pierwszy w mym życiu - przypuszczałem też, że i ostatni. Jakoż się i nie pomyliłem.

 

„Polityka", 6 sierpień 1939 r.

Uwaga: wywiad został opublikowany dopiero po śmierci Romana Dmowskiego.

Mieczysław Pruszyński „Tamci" Wydawnictwa „Alfa" 1992 r.

Kronika Narodowa


Podziel się
oceń
1
0

Historia: Janusz Rabski - Rozmowa z Romanem Dmowskim

piątek, 25 grudnia 2009 19:32


  Artykuł z 1939 roku

JANUSZ RABSKI - ROZMOWA Z ROMANEM DMOWSKIM "O PRACACH NA KONFERENCJI POKOJOWEJ W WERSALU"


   Wśród dokumentów, związanych z osobą Prezesa Romana Dmowskiego, posiadam możliwie wierne streszczenie długiej rozmowy, odbytej z Nim w Jego mieszkaniu 9 października 1935 r. Spisałem ją bezpośrednio po powrocie do domu. Poniżej podaję jej fragment.

Prezes Dmowski w pewnej chwili powiedział:

- Mam, proszę pana, dokładne wyczucie, co z tego, co zrobiłem, zawdzięczam sobie, a co okolicznościom...

 

Wtrąciłem:


 - My wszyscy, Panie Prezesie, uważamy, że był Pan i jest narzędziem Opatrzności dla Polski.
 

Prezes mówił:


 - Byłem w pewnym sensie collaboratorem w wybuchu wojny. Miałem u Rosjan dość duże poważanie. Między innymi z myślą o nich napisałem książkę „Niemcy, Rosja i kwestia polska" i jednym z powodów, dla których Rosja zdecydowała się na udział w wojnie, była rachuba, że Polacy opowiedzą się po jej stronie... Co się tyczy Niemców, to zawsze w sprawach polskich starałem się trzymać ich w możliwej nieświadomości. To, co Niemcy piszą w swych książkach politycznych wskazuje, że ze strony Polaków spotkał ich szereg niespodzianek. Na konferencji pokojowej w Paryżu kierownicy wszystkich delegacji otrzymali wezwanie, by zgłosili na piśmie w 30 egzemplarzach swoje pretensje natury terytorialnej. Ja jeden tego nie zrobiłem, bo nie chciałem, aby parę egzemplarzy z tych trzydziestu wpadło w ręce niemieckie i ułatwiło im kontrakcję. Dopiero, gdy otrzymałem zawiadomienie, że nazajutrz będą rozpatrywać kwestie granicy polsko - niemieckiej, zasadziłem naszych ludzi do roboty i przedstawiłem, jak zażądano, „nazajutrz" memoriał, napisany na maszynie w dwóch egzemplarzach, aby jeden egzemplarz miało prezydium konferencji i jeden komisja. Stało się to w momencie, kiedy sprawa wchodziła na stół obrad, i oczywiście Niemcom utrudniało ustosunkowanie. Niemcy do obrony swoich granic użyli wpływów Żydów, którzy z kolei posłużyli się Lloyd Georgem. W połowie listopada 1918 roku w Berlinie na Doroth enstrasse został podpisany układ pomiędzy Żydami i masonerią niemiecką. Żydom zostało zagwarantowane stanowisko w republice wejmarskiej, odwrotnie, Żydzi zobowiązali się do użycia swych wpływów dla obrony granic niemieckich. Chciałem, aby Królewiec z dużym zapleczem stanowił wolne miasto, i jedynym delegatem, który mnie poparł na Komisji, był Anglik, lord Tyrell. Został za to wyrzucony przez Lloyd Georga.


Przez chwilę Prezes zamyślił się.

 - Dziwnymi drogami - mówił dalej - chodzi, proszę pana, dusza ludzka. Teść Tyrella, członek Izby Gmin, był serdecznym przyjacielem Władysława Zamoyskiego...


Tutaj Prezes urwał zdanie, jakby pozostawiając memu domysłowi, że może powyższa okoliczność miała wpływ na stanowisko lorda Tyrella na Komisji.

 
Rozmowa zeszła na sprawę Kłajpedy. Prezes Dmowski powiedział:

 
Czasy obecne wysuwają problem Kłajpedy. Na Konferencji ja jeden działałem bez żadnej współpracy, dążąc do tego, ażeby Kłajpeda dostała się Litwie. Robiłem to z myślą, że pracuję dla nas, że przyjdzie chwila, w której unormalizują się stosunki z Litwą. W ten sposób Litwini bez żadnego wysiłku ze swej strony (byli nieobecni na konferencji) dostali taki prezent.

Źródło: romandmowski.pl

Od Redakcji:  
W styczniu, szykujemy dla naszych Czytelników kolejny mega hit na naszych łamach! Już wkrótce, wywiad z Romanem Dmowskim z 1935 r., opublikowany dopiero po jego śmierci w 1939 r. w jednym z przedwojennych pism mocarstwowo - konserwtywnych! Tego nie można przegapić!!!


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Biogram Aleksandra Heinricha (1901-1942)

poniedziałek, 21 grudnia 2009 8:47


  Aleksander Heinrich (1901-1942); jeden z czołowych działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego ,,ABC"


   Urodził się w 1901 roku w Warszawie. Początkowo związany z Młodzieżą Wszechpolską. Jako student prawa na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego pełnił funkcję prezesa Bratniej Pomocy Studentów UW oraz prezesa koła Młodzieży Wszechpolskiej UW. Członek korporacji studenckiej ,,Aquilonia". W latach 1925-1927 był przewodniczącym Związku Akademickich Kół Naukowych. Z kolei w latach 1927-1929 pełnił funkcję prezesa Naczelnego Komitetu Związku Polskiej Młodzieży Akademickiej.

   Brał czynny udział w powstaniu w kwietniu 1934 roku Obozu Narodowo-Radykalnego mimo, że oficjalnie nie podpisał deklaracji tworzącej ONR. Po delegalizacji i rozłamie wewnątrz wspomnianej organizacji wsparł Henryka Rossmana i stał się jednym z członków kierownictwa Obozu Narodowo-Radykalnego ,,ABC". Z jego inicjatywy oraz Tytusa Wilskiego - filistra korporacji ,,Arkonii", powiązanego z Ruchem Narodowo-Radykalnym ,,Falanga" 18 maja 1937 roku w Warszawie podczas komersu ,,Arkonii" doszło do spotkania przedstawicieli ,,młodych" narodowców z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym. Spotkanie to odbiło się szerokim rezonansem i było interpretowane jako wyraz zbliżenia się młodego pokolenia narodowców z sanacją. W 1938 roku wspólnie z Janem Jodzewiczem i Jerzym Kurcyuszem wziął udział w tajemniczym spotkaniu z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym.


   W wybranych w styczniu 1939 roku władzach ONR ,,ABC" nie zajął żadnego eksponowanego stanowiska. W 1941 roku został aresztowany przez Gestapo i przewieziony do KL Aushwitz, gdzie 22 maja 1942 roku zmarł.  


Arkadiusz Meller

 

 

Bibliografia:
Wojciech Wasiutyński, Prawą stroną labiryntu. Fragmenty wspomnień, opr. i red. Wojciech Turek, Exter, Gdańsk 1996, s.79; Krzysztof Kawęcki, Działalność i myśl społeczno-polityczna Obozu Narodowo-Radykalnego ABC 1934-1939, Klub Zachowawczo-Monarchistyczny, Biała Podlaska, brw (2009), s. 65-66; Wojciech J. Muszyński, ,,Obóz Narodowo-Radykalny" [w:] Encyklopedia ,,Białych Plam", Wydawnictwo Polwen, t. XIII, Radom 2004, s. 183; Jerzy Janusz Terej, Rzeczywistość i polityka. Ze studiów nad dziejami najnowszymi Narodowej Demokracji, Wyd. II, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 50; tenże, Rzeczywistość i polityka. Ze studiów nad dziejami najnowszymi Narodowej Demokracji, Książka i Wiedza, Warszawa 1979, s. 49-51; Lucyna Kulińska, Związek Akademicki Młodzież Wszechpolska i Młodzież Wielkiej Polski w latach 1922-1947 (struktury, funkcjonowanie i główni działacze), Ars Politica, Warszawa 2004, s. 36; Szymon Rudnicki, Obóz Narodowo-Radykalny. Geneza i działalność, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 210, 222, 283, 312, 314; Jacek M. Majchrowski, Obóz Narodowo-Radykalny - okres działalności legalnej, ,,Dzieje Najnowsze", 1976, nr 3, s. 59.


Podziel się
oceń
0
0

Historia: Roman Dmowski - ciekawostki...

piątek, 11 grudnia 2009 14:23




Ile wzrostu miał Roman Dmowski?


Roman Dmowski mierzył 179 cm. Kolor włosów miał ciemny blond. W wieku lat pięćdziesięciu sam o sobie napisał, że „wygląda nieco młodziej" dodając, że ma „oblicze rozpustnika, pozującego na męża stanu".

Na podstawie: Mariusz Kułakowski, Roman Dmowski w świetle listów i wspomnień, t. I., Londyn 1968, „List do Reymonta", s. 393

Czy ojciec Dmowskiego był analfabetą?

Nie. Ta fałszywa plotka wzięła się stąd, że ojciec Dmowskiego, drobny przedsiębiorca brukarski Walenty Dmowski, nie chciał złożyć swojego podpisu do metryki syna po rosyjsku - co było wówczas obowiązujące. Stąd wpisano „ojciec niepiśmienny". Sam jednak Roman Dmowski często przez lata opowiadał, jak jego ojciec „lubił czytać, interesował się polityką". Warto dodać, że Walenty Dmowski złożył podpis pod metryką swoich zaślubin z Józefą Lenarską w 1856 roku.

Na podstawie: Izabela Wolikowska, Roman Dmowski..., Chicago 1961, s. 61

Ile rodzeństwa miał Roman Dmowski?

Walenty Dmowski i Józefa z Lenarskich mieli ogółem siedmioro dzieci: z nich dwoje, syn i córka, umarło bardzo wcześnie i nie ma o nich (tzn. o tej dwójce dzieci) żadnych bliższych informacji. Z córek, starsza Maria umarła w osiemnastym roku życia; młodsza Jadwiga w dwudziestym siódmym. Z dwóch starszych synów, Julian był urzędnikiem biurowym i zmarł mając lat 61; Wacław był maszynistą - zmarł w 1936 roku. Obaj byli bezżenni i bezdzietni. Tak więc - biorąc pod uwagę bezżenność Romana Dmowskiego - ta linia Dmowskich na Romanie w 1939 roku całkowicie wygasła.

Na podstawie: Mariusz Kułakowski, Roman Dmowski w świetle listów i wspomnień t. I..., oraz Pamięci Romana Dmowskiego, Warszawa 1939

Dmowski i Sienkiewicz - edukacja w gimnazjum.

W roku 1875 Roman Dmowski zdał egzamin do pierwszej klasy gimnazjum III w Warszawie, gdzie wykładowcą był polonista Piotr Skrzypiński (autor książki pt. „Mownictwo polskie"). Ponoć Dmowski swoje wypracowania z języka polskiego pisywał tak dobrze, że Skrzypiński czytywał je głośno w klasie, a nawet miał wyrazić się: „Sienkiewicz był moim uczniem i Dmowski jest moim uczniem".

Na podstawie: Mariusz Kułakowski, Roman Dmowski w świetle...., s. 21-23

Czy Dmowski z Piłsudskim spotkali się w '4' oczy w niepodległej Polsce?

Tak. Drugie i ostatnie zarazem spotkanie w „cztery oczy" pomiędzy Dmowskim a Piłsudskim odbyło się szesnaście lat po ich rozmowie w Tokio - 21 maja 1920 roku w Belwederze, wówczas siedzibie Naczelnika Państwa. 15 maja 1920 roku Dmowski powrócił z Paryża do Warszawy. Trzy dni później z wyprawy kijowskiej wrócił Piłsudski. Nie ma i nie było bezpośredniej relacji ze spotkania. Jego przebieg można „odtworzyć" wyłącznie na podstawie relacji przyjaciół Dmowskiego.

Do spotkania doszło wczesnym popołudniem. Odbyło się ono z inicjatywy Dmowskiego, za pośrednictwem jego przyjaciela Mieczysława Niklewicza, który dwukrotnie telefonował w tej sprawie do kancelarii Naczelnika Państwa. Nie obyło się bez przeszkód ze strony Belwederu, w wyniku czego Dmowski został przyjęty dopiero po trzech dniach. Według Stanisława Grabskiego, „Piłsudski nasamprzód przetrzymał Dmowskiego w poczekalni, jak gdyby zwykłego petenta, przez z górą kwadrans czasu, a w mowie przybrał tak dyktatorski ton, że zakończyła się ona bardzo szybko". Według wspomnień przyjaciół, rozmowa zrobiła na Dmowskim bardzo przykre wrażenie. Został potraktowany ozięble, a Piłsudski wręcz ostentacyjnie unikał tematów politycznych, tak jak gdyby rozmawiał ze zwykłym obywatelem. Mówiąc o wywalczeniu Poznańskiego i Śląska [przez Dmowskiego w Wersalu] Piłsudski określił to jako „cadeau" (prezent) ze strony aliantów, potem mówił już głównie o sobie. Według wypowiedzi Dmowskiego, Piłsudski zarzucił mu, że reprezentując Polskę na paryskiej konferencji pokojowej nie zabiegał o niepodległość Ukrainy. Dmowski natomiast miał w tej kwestii zupełnie odwrotne przekonania. W tym właśnie zagadnieniu leżała istota sporu ich programów terytorialnych - inkorporacyjnego i federacyjnego. Po zapytaniu Dmowskiego, „na jakiej podstawie bylibyśmy [w Paryżu] żądali dla siebie przyłączenia kresów wschodnich wraz z całą Galicją Wschodnią, gdybyśmy jednocześnie popierali pretensje Ukraińców do tych ziem i do wielkiej samoistnej Ukrainy" - rozmowa urwała się.

Jak zauważył Andrzej Micewski: „Pytaniu [Dmowskiego] nie można odmówić słuszności logicznej. Ale Piłsudski nie był specjalistą od formuł logicznych. Z pewnością nie miał takiej formuły w kwestii ukraińskiej, a tylko zamierzał w dalszym rozwoju sytuacji wygrywać ją dla swoich celów. Gra ta, jak wiadomo, nie udała się., bo naród ukraiński we wpływach polskich na wschodzie widział nie podniesienie, lecz zagrożenie swojej sprawy. Piłsudski zaś widział w Dmowskim jednego z głównych ludzi, którzy mu jego grę psuli". Na zakończenie audiencji Dmowski złożył deklarację, w której oddawał swoją osobę do dyspozycji odrodzonej Polski, ale Piłsudski pominął to milczeniem.

W dniu pobytu Dmowskiego w Belwederze - odbył się wielki raut na cześć „Pana Romana" w salonach Resursy Obywatelskiej. Nastrój był niezwykle serdeczny, otoczono powracającego atmosferą wielkiego uznania, „jednak pan Roman, pozostając pod wrażeniem porannej wizyty w Belwederze, nie miał swego zwykłego humoru. To nie osobiste względy sprawiły, że chmura osiadła na jego czole, tylko głęboka troska o los państwa, rządzonego przez Piłsudskiego i jego kamarylę. Niedługo trzeba było czekać, by się przekonać, jak ta troska była uzasadniona", wspominała Marja Niklewiczowa.

Było to ich ostatnie spotkanie osobiste. Piłsudski nie mógł oczywiście nie przyjąć Dmowskiego, ale w żadnym wypadku nie chciał go uznać za partnera politycznego. Trudno zresztą było spodziewać się czegoś innego. Porozumienie między KNP a naczelnikiem państwa z 1918 roku nie przekreśliło przecież politycznych różnic przeszłości, ani tym bardziej aktualnych problemów dotyczących zagadnień współczesnych. Piłsudski miał od dawna ustalony program polskiej polityki wschodniej i koncentrował się głównie na jej wykonaniu.

Czy Dmowski chciał zniszczenia Niemiec?

Oto fragment wypowiedzi Dmowskiego: „Czy chcemy zniszczenia Niemiec? - Nie. Byłoby to niszczenie cywilizacji europejskiej, która jest wspólnym dobrem całej Europy. [...] Pracowałem całe życie przeciw Niemcom, bo chciałem, żeby Polska żyła, zaś niemiecka polityka za cel sobie postawiła jej zgubę. Myliłby się wszkaże ten, kto by sądził, że kieruje mną jakaś ślepa nienawiść do Niemców, lub że niezdolny jestem do sprawiedliwego sądu o wartości niemieckiego narodu. Wiele cech umysłowości i charakteru niemieckiego są przeciwne mojej polskiej psychice, cały szereg innych narodów jest mi bliższy duchowo, ale mam głęboki szacunek dla indywidualności każdego narodu i daleki jestem od potępiania wszystkiego, co mi jest obce. Byłbym szczęśliwy, gdyby stosunki wzajemne między nami a Niemcami mogły być zdrowymi stosunkami sąsiedzkimi, opartymi na wzajemnym szacunku, któryby umożliwiał współdziałanie tam, gdzie to jest potrzebne. Niestety obawiam się, że wiele jeszcze czasu upłynie zanim do takich stosunków dojdzie. Do głębi niezdrowa psychologia narodu niemieckiego w stosunku do Polski przez długi czas jeszcze będzie źródłem nieubłaganej walki i straty sił, zarówno polskich, jak niemieckich, które by mogły być użyte na wielką pracę cywilizacyjną obu narodów".

Na podstawie: Izabela Wolikowska, Roman Dmowski..., s.124-125

Źródło: romandmowski.pl


Podziel się
oceń
1
4

Historia: Bolesława Piaseckiego rozliczenia z ONR

niedziela, 06 grudnia 2009 18:42


 Z cyklu: ciekawostki...


Bolesław Piasecki

 Po prostu...


   Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że część zespołu naszej redakcji wywodzi się swym rodowodem organizacyjnym z rozwią- zanego po klęsce wrześniowej ONR-u. Powszechna jest także ocena ONR-u jako organizacji faszystowskiej, organizacji, która była wyrazicielką totalizmu na terenie Polski. Powstaje zatem zrozumiałe pytanie, dlaczego ludzie ci zabierają głos w czasach ogólnej demokratyzacji społeczeństw.


   Trudno będzie dać zadowalającą odpowiedź większości pytających. Jedni bowiem chcieliby widzieć w następnych zdaniach jakieś samobiczowanie moralne, inni i tak w nic nie uwierzą, widząc w tym, co napiszemy, przejaw gry taktycznej.

Nie będziemy się liczyć ani z jednymi, ani z drugimi - odpowiemy po prostu:


Wierzyliśmy w potęgę narodu, ujętego z góry w jedną powszechną organizację. Nie uznawaliśmy wyborów i negowaliśmy ich sens. Byliśmy wyraźnymi zwolennikami monopartii.

Obecnie jesteśmy przeciwnikami monopartii i wszystkich pokrewnych im systemów.

Dlaczego? - Bo przeżyliśmy prawdę, że ostateczny i jedyny sens każdego ustroju politycznego polega na tworzeniu warunków do jak najpełniejszego rozwoju osobowości obywatela.
Dlaczego? - Bo wiemy, że warunkiem pełnego rozwoju osobowości obywatelskiej jest danie możności wyboru między dobrem i złem bez żadnego mechanicznego nacisku.
Uznaliśmy tę możność wyboru nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Stąd demokratyzacja jest dla nas zadaniem.


   Stosunek nasz do innych narodowości był wyrazem stanowiska, że wystarcza względem nich przeprowadzenie polskich planów. Nie uwzględnialiśmy dostatecznie konieczności uszanowania ich wewnętrznych nastawień. Stosunek nasz do Żydów negował w ogóle celowość jakiegokolwiek współżycia, tworząc postawę zasadniczej wrogości.


   Obecnie - na pewno nie kochamy całej ludzkości jednakowo, lecz Polaków najbardziej. Obecnie - kochając Polaków najbardziej, chcemy, aby każdy Polak, współżyjąc z jakąkolwiek narodowością, miłością zdobywał jej zalety i miłością usuwał jej braki. Chcemy, aby każdy obywatel polski miał prawo i obowiązek osobistej służby dla Państwa polskiego.


Powstaje pytanie, jakimi drogami doszliśmy do tych rewizji naszych poglądów.
Zrozumieć to łatwo - trzeba się tylko przenieść myślą i być z nami w naszej dwuletniej krwawej partyzantce, w naszych akcjach bojowych, w entuzjastycznym, choć świadomym beznadziejności położenia, bohaterstwie naszego oddziału w czasie Powstania w Warszawie.

   Nie w politycznych dyskusjach konspiracyjnych, ale w bojowej akcji przeciw wrogowi doszliśmy do krystalizacji naszego rozumienia tych wartości demokracji, jakie stanowią wolność wyboru, poszanowanie cudzych przekonań i narodowości. Sens przemian bowiem polega na najgłębszych przeżyciach osobistych, które dopiero skonfrontowane z rzeczywistością rzucają prawdziwe światło na ocenę przeszłości i na rolę własnego wkładu w przyszłość.


   Niemożliwe jest dla nas wyjaśniać rewizję własnych poglądów, nie podkreślając jednocześnie tych wartości naszej tradycji, które są dla nas w pełni żywe. Tworzą je: rewolucyjna postawa wobec rzeczywistości społeczno-politycznej okresu po pierwszej wojnie światowej, przekonanie, że fikcją jest jedność mas polskich bez rewolucyjnej przebudowy społeczno-gospodarczej w duchu radykalizmu, oraz oparcie postaw ideowych o zasady katolickiego poglądu na świat.


 Bolesław Piasecki
, „Dziś i Jutro", nr 1, 25 listopada 1945.


Podziel się
oceń
0
0

Licznik odwiedzin:  231 627  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O bloogu




Czołem Wielkiej Polsce!

Witamy na bloogu "Kronika Narodowa".
Bloog w swym zamyśle, ma być czysto informacyjny. Znajdziecie tu relacje z inicjatyw/ akcji praktycznie wszystkich środowisk i organizacji szeroko pojętego Obozu Narodowego. Nie zapomnimy jednak o działalności nacjonalistów spoza granic naszego kraju i artykułach oscylujących wokół tematyki ideologiczno – historycznej.
Jesteśmy otwarci na współpracę z wszystkimi środowiskami narodowymi. Przy czym, z całą stanowczością stwierdzamy, iż nie interesują nas jakiekolwiek antagonizmy organizacyjne... CWP!

Redakcja

ZASADY PRZEDRUKU Z KN: ZASADY PRZEDRUKU - LINK

Kontakt: kronikanarodowa@wp.pl

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 231627

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl