Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 858 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Idea: Adam T. Witczak - "Narodowy anarchizm Troya Southgate'a"

poniedziałek, 26 lipca 2010 12:15


   Pojęcie „narodowego anarchizmu" jest obecnie w Polsce bardzo mało znane, a jeśli już wypłynie podczas dyskusji w kręgach czy to „nacjonalistycznych", czy to „anarchistycznych" - wtenczas trakto- wane jest jako oksymoron, jako zbitka sprzeczna wewnętrznie i niedorzeczna. Wynika to z pośpiesznego kojarzenia „nacjonalizmu" z konceptem totalnego, uporządkowanego państwa narodowego, zaś anarchizmu - z wizją społeczeństwa będącego spontanicznym tłumem jednostek wyzwolonych nie tylko spod władzy aparatu państwowego, ale i z rozmaitych „opresyjnych" rygorów, narzu- canych przez struktury „zorganizowanej religii" i „narodowe tradycje".

 W ostateczności, jeśli już narodowy anarchizm zostanie zauważony, to traktowany jest bądź jako swoista „lewacka" agentura na gruncie nacjonalizmu, bądź też jako „faszystowska" infiltracja środowisk anarchistycznych i anty(alter?)globalistycznych. To zresztą w najlepszym wypadku - wtedy gdy ideologia ta nie zostanie z góry uznana za niepoważną żonglerkę doktrynami w manierze jałowego postmodernizmu.

Nie należy jednak poprzestawać na pierwszych wrażeniach - bywają one bowiem złudne, a poza tym takie stawianie sprawy trąci nieuczciwością. Warto więc prześledzić postulaty i ewolucję ideową narodowego anarchizmu. Prąd ten jest obecnie rozwijany przede wszystkim przez Anglika Troya Southgate'a, który ma ten atut, że jest postacią znaną także (dla niektórych - przede wszystkim) jako artysta - ściślej: muzyk, udzielający się w kilku zespołach z kręgów militarnego industrialu, neofolku i muzyki „neoklasycznej". Jest mianowicie wokalistą grupy „H.E.R.R." (Holy Empire Rome Reborn - Święte Imperium Odrodzenie Rzymu), znanej z konceptualnych wydawnictw poświęconych np. ostatniej obronie Konstantynopola, budowie i pożarowi Kryształowego Pałacu w Londynie. H.E.R.R. zrealizował także (w formię swoistej neoklasycznej deklamowanej opery) sztukę niderlandzkiego dramaturga katolickiego Joosta Vondela, żyjącego w XVII wieku. Southgate udziela się także w polskim projekcie Horologium Grzegorza Siedleckiego, w grupie neofolkowej Seelenlicht i kilku innych projektach (m.in. jego głos słychać na płycie „Germanium Metallicum" grupy Von Thronstahl).

Southgate urodził się w roku 1962 w londyńskiej dzielnicy Crystal Palace. Krótko po osiemnastych urodzinach wziął udział w wyborach i głosował wówczas na Partię Pracy, postrzegając ją jako - niedoskonałą być może - alternatywę dla liberalnych porządków, zaprowadzanych przez Małgorzatę Thatcher. W tamtym okresie Troy związał się z subkulturą skinheads, był nawet wokalistą kapeli Banana Skins. Subkultura ta - u swych korzeni czysto uliczna, robotnicza, chuligańska - zmierzała wówczas ku zaangażowaniu politycznemu i werbunek w jej szeregach prowadzili m.in. działacze National Frontu. Southgate poznał aktywistów tej partii w roku 1984 w Croydon, na koncercie Bad Manners. Jak sam twierdzi, tym co skłoniło go do przystąpienia, były dwie koncepcje ekonomiczno-polityczne, lansowane przez środowiska narodowo-rewolucyjne. Mowa tu o idei „dżamahirija" (rządów ludu) Muammara Kaddafiego, wyrażonej w „Zielonej Książeczce" oraz o dystrybucjonizmie Chestertona i Belloca, opartym (przynajmniej w przekonaniu twórców) o naukę społeczną Kościoła Katolickiego, wyrażoną w encyklikach Leona XIII (Rerum Novarum) i Piusa XI (Quadragasimo Anno). W roku 1987 Southgate - pod wpływem „Ortodoksji" Chestertona i książki „I believed" („Uwierzyłem") Douglasa Hyde'a - dokonał konwersji na rzymski katolicyzm i związał się z tradycjonalistycznymi środowiskami skupionymi wokół Bractwa św. Piusa X.

W roku 1988 Troy Southate został skazany na osiemnaście miesięcy więzienia za
pobicie i okaleczenie (jak sam twierdzi - w akcie samoobrony) aktywisty Rewolucyjnej Partii Komunistycznej. Jesienią roku 1989 dołącza do świeżo powstałej International Third Position (Międzynarodowej Trzeciej Pozycji) - frondy z National Frontu, która miała prezentować bardziej radykalne społecznie i sprawniej działające oblicze ruchu nacjonalistycznego. Głównymi ideologami ITP byli Derek Holland (znany w Polsce choćby z książeczki „Polityczny Żołnierz") oraz włoski imigrant Roberto Fiore. Southgate wydawał w ramach ITP czasopisma i broszury, m.in. takie tytuły jak: „The Kent Crusader", „Surrey Action" i „Eastern Legion". Trwało to blisko trzy lata. Jesienią roku 1992 Troy uznał, że jego drogi z Hollandem i Fiore rozeszły się. Zarzucał im hipokryzję i przywłaszczenie sobie pewnych sum pieniędzy organizacyjnych, które miały być przeznaczone na budowę osiedla w północnej Francji, ale chodziło także o różnice ideologiczne. Southgate twierdzi, że ITP zaczęło w tamtym czasie odchodzić od „społecznego radykalizmu" i zmierzać w stronę aprobaty dla systemów „klero-faszystowskich" oraz kultywowania takich jednostek jak Franco, Mussolini czy Petain. Z powodu tych rozbieżności i pretensji Troy Southgate wraz ze swymi sojusznikami powołał nową organizację: „English Nationalist Movement" (Angielski Ruch Nacjonalistyczny), wydający m.in. pisma The Crusader i English Alternative. W roku 1998 grupa ta przekształciła się w „National Revolutionary Faction", strukturę zdecentralizowaną i częściowo zakonspirowaną, co miało być sposobem na uniknięcie obserwacji ze strony sił bezpieczeństwa. Wykorzystano tu m.in. zasady „leaderless resistance". Organizacja ta posiadała także umundurowane grupki tzw. Greenshirts (Zielone Koszule), wzorowane na Żelaznej Gwardii Codreanu - wymownym nawiązaniem były marsze z pochodniami i woreczki z ziemią zakładane na szyje.

Kolejne inicjatywy Southgate'a to pismo internetowe Synthesis i stowarzyszenie kulturalne (rodzaj klubu dyskusyjnego) New Right, działające od roku 2005. Te inicjatywy są już znacznie mocniej związane z konceptem stricte „narodowo-anarchistycznym".

Możemy zatem przejść do analizy tego nurtu.

Tak naprawdę pomysł połączenia pewnych elementów „narodowych" czy „konserwatywnych" (obyczajów, tradycji, poczucia tożsamości, więzi etnicznej, plemiennej etc.) z pewnymi elementami „anarchistycznymi" (jak brak państwa w nowoczesnym rozumieniu „państwa narodowego" z całym jego wielkim, zcentralizowanym aparatem - i postawienie zamiast tego na decentralizację i autonomię mniejszych społeczności) - nie jest czymś wewnętrznie sprzecznym, nawet jeśli jest utopijne czy też nieopłacalne (ale to już kwestia ocen, w które teraz wchodzić nie będziemy). O takie właśnie połączenie chodzi - z grubsza! - w ideałach Southgate'a. Poniekąd jest to podobne do „anarcho-konserwatywnej" wizji H.H. Hoppego, ale Southgate mocno odcina się od „reakcjonizmu", „kapitalizmu" i „liberalizmu", bynajmniej nie marząc o leseferystycznym wolnym rynku. Jak sam twierdzi, tym co odróżnia narodowy anarchizm od większości innych nurtów, jest radykalne odrzucenie typowego (podobno) dla Europy protestanckiego (może raczej post-protestanckiego) etosu pracy. Ten sposób myślenia, skoncentrowany na pracy, ma być typowy dla liberałów (którzy chcą by rządzili nami właściciele i menedżerowie), marksistów (serwujących rządy biurokratów) i innych grup. Oczywiście tyczy się to także faszystów i innych nacjonalistów postulujących te rzeczy, które narodowi anarchiści odrzucają, a mianowicie (jak wymienia sam Southgate): biurokrację, centralizację, kult jednostki (wodza), państwo policyjne i ruch masowy.


Można więc powiedzieć, że narodowy anarchizm Southgate'a to postulat swoistego „nowego średniowiecza" - to znaczy społeczeństwa opartego o stosunkowo niewielkie i mocno niezależne grupy, oparte o prawo naturalne, spontaniczną hierarchię (wspartą obyczajem), drobną (powszechną) własność prywatną. Wspólnoty takie mogłyby tworzyć konfederacje w celu ułatwienia ewentualnej obrony przed wrogami. Jest to oczywiście opis uproszczony, ale taka wizja stale przewija się w wypowiedziach Southgate'a. Rzecz jasna do jej zrealizowania konieczne musiałoby być z jednej strony przekonanie dostatecznej ilości ludzi, z drugiej zaś - wielki krach społeczny, gospodarczy i polityczny obecnego systemu, rodzaj „małej apokalipsy" Zachodu, wieszczonej zresztą przez licznych myślicieli, tak z radykalnej lewicy, jak i z radykalnej prawicy (oraz oczywiście - z niejednoznacznych obszarów w rodzaju narodowego anarchizmu właśnie). Czy taki scenariusz jest możliwy, czy też jest to jedynie seria pobożnych życzeń - to inna kwestia.

Narodowy anarchizm Troya Southgate'a czerpie z kilku źródeł. Zasadniczym trzonem jest tu oczywiścia tradycja nacjonalistyczna, narodowo-rewolucyjna, trzeciopozycyjna - dodatkowym zaś zastrzykiem, bocznym niejako, jest klasyczny anarchizm „indywidualistyczny" spod znaku Proudhona, znanego przecież z optowania za wizją małych wspólnot opartych na samopomocy i poczuciu społecznej więzi. Warto tu jednak dodać, że Southgate zasadniczo odcina się od typowego dla współczesnych anarchistów ładunku „obyczajowo-kulturowego", w którym na ogół mieszczą się takie kwestie jak poparcie dla aborcji i emancypacji homosexualistów, feminizm, postulat demontażu tradycyjnej rodziny, mitologia „tolerancji", czy afirmacja excesów subkultury punk. Inne inspiracje Southgate'a to rewolucja konserwatywna w stylu Ernesta Jungera (a jeszcze bardziej - jego późniejsza koncepcja niezależnego Anarchy), narodowy bolszewizm w interpretacji Aleksandra Dugina i koncepcja Eurazji, niektóre środowiska „ekologiczne" (Richard Hunt i pismo „Alternative Green"), francuska Nowa Prawica, muzyka industrialna, tradycjonalizm integralny Evoli i Guenona oraz pewne nurty ezoteryczne. Lista inspirujących postaci zamieszczona na głównej stronie magazynu Synthesis jest długa i różnorodna: Ernst Juenger, Michael Bakunin, Julius Evola, Arthur Moeller van den Bruck, Jean Parvulesco, Friedrich Nietzsche, Aleister Crowley, Otto Strasser, Miguel Serrano, Ernst Niekisch, Jean-Francois Thiriart, R.A. Schwaller de Lubitz, Sergiusz Nieczajew, Savitri Devi, Austin Osman Spare, Richard Walther Darre, Alexander Dugin, Karl Haushofer, Arthur Machen, Rene Guenon, Percy Bysshe Shelley, Francis Parker Yockey, H.P. Lovecraft i Friederich Hielscher.

Dugina Southgate postrzega raczej jako wybitną indywidualność niż przedstawiciela „ruchu". Tak czy inaczej z narodowymi bolszewikami nie dzieli co prawda koncepcji organizacji społeczeństwa, ale akceptuje ich geopolitykę, wizję przyszłej Eurazji oraz opozycji pomiędzy owym wyśnionym eurazjatyckim „Imperium Tradycji", a zgniłą, demoliberalną, zachodnią kulturą „atlantycką". Oczywiście, w zgodzie ze swoimi koncepcjami „anarchistycznymi" i decentralizacyjnymi Southgate postrzega takie ewentualne Imperium jako stosunkowo luźną federację podobnie myślących sojuszników, federację dopuszczającą różnice w regionalnych tradycjach i szczegółach organizacji poszczególnych składowych wspólnot. Southgate przypomina także o różnicy pomiędzy tradycyjną koncepcją imperium, a nowożytnym, kolonialnym imperializmem takich mocarstw jak Stany Zjednoczone czy (niegdyś) Wielka Brytania.

Jeśli chodzi o tradycjonalizm integralny, neopoganizm i „ezoteryzm", to jest to wątek szczególnie istotny począwszy do momentu, gdy Troy Southgate porzucił rzymski katolicyzm. Tak bowiem uczynił po okołu 10 latach zaangażowania i ten element jego biografii jest dla wielu najbardziej kontrowersyjnym. Southgate wymienia co najmniej trzy przyczyny tego. Najmniej przekonujący jest motyw osobistej hipokryzji i bigoterii poszczególnych katolików, istotniejsze są chyba przyczyny „doktrynalne" i „religioznawcze". Z jednej strony Southgate zaczął postrzegać Kościół Rzymsko-Katolicki jako instytucję opresyjną, zbiurokratyzowaną i przez to zbliżoną do modelu państwa, z drugiej zaś doszedł do wniosku, że rzymski katolicyzm tak naprawdę jest kolażem źródłowego chrześcijaństwa i całej masy naleciałości zaczerpniętych tak naprawdę z mitraizmu, filozofii i mitologii antycznej, wierzeń pogańskich ludów germańskich, celtyckich i słowiańskich etc. Jest to refleksja typowa dla wielu „tradycjonalistów integralnych" i neopogan, zresztą niekoniecznie musi ona prowadzić do uznania katolicyzmu za fałszywy - przeciwnie wręcz, może pomóc umiejscowić tę religię w szerszym kontekście („Wszystko co wiem, to fakt, że Chrystus przybył nie znieść, ale wypełnić - nie tylko prawo mojżeszowe, ale wszelką tradycję" - mówi prawosławny religioznawca i muzyk z Francji, Thierry Jolif). Tak czy inaczej Southgate odciął się od katolicyzmu i podążył w stronę poszukiwań zbliżonych do neopoganizmu germańskiego i tradycjonalizmu integralnego (Julius Evola, Rene Guenon, Miguel Serrano, Savitri Devi, Peter J. Carrol). Bliskie jest mu pojmowanie „Tradycji" jako pewnego wiecznego nurtu, przenikającego rozmaite religie i formy duchowości.

Narodowi anarchiści (tzn. sympatycy Southgate'a, NRF i New Right) zasadniczo nie deklarują się jako rasiści, acz postulują separatyzm rasowy dla zachowania odrębności i tożsamości, w opozycji do multikulturowego tygla. Prócz tego istotny jest wątek antysyjonistyczny i sympatie pro-palestyńskie. Jeśli chodzi o stosunek do samego islamu, to jest on niewątpliwie postrzegany jako siła anty-syjonistyczna, religia mieszcząca się w nurcie „religii tradycyjnych" - i wreszcie jako inspirujący przykład organizacji własnych struktur (Southgate podaje tu przykład już istniejących w Zachodniej Europie muzułmańskich sądów, szkół czy banków). Z drugiej strony Southgate przewiduje konflikt na tle rasowym i religijnym pomiędzy Europejczykami a napływową ludnością muzułmańską. Co ciekawe, sądzi że obecne ustępstwa rządów demoliberalnych przed muzułmanami nie pójdą zbyt daleko i w ostateczności rządy te zaakceptują co najwyżej rozwodnioną, zliberalizowaną formę islamu.

Nie do końca jasna jest koncepcja współistnienia grup narodowo-anarchistycznych z innymi wspólnotami w przypadku ewentualnej realizacji tego modelu. Southgate podkreśla, że tym, co go przede wszystkim interesuje, jest przekonywanie (a nie narzucanie) i to przekonywanie konkretnych, zdeterminowanych osób, nie zaś ruch masowy. Pojawia się tu swoiście libertariański tok myślenia: niech wewnątrz wspólnot panują dowolne prawa, póki wspólnoty nie próbują ich narzucać innym grupom. Z drugiej jednak strony w tych samych wypowiedziach Southgate podkreśla wagę i konieczność dominacji „prawa naturalnego" (Natural Law) i „porządku naturalnego" (Natural Order), z którymi kłoci się np. aborcja, homosexualizm czy radykalny feminizm. Trudno powiedzieć, czy zatem wspólnoty „zwolenników Southgate'a" podejmowałyby w przyszłości „misjonarskie" akcje przeciwko grupom łamiącym (wewnętrznie) owo „prawo naturalne", czy też poprzestawałaby na zainteresowaniu własnymi sprawami.

Jeśli chodzi o stosunek do monarchii, to Southgate nie definiuje się jako przeciwnik monarchii jako takiej, tym niemniej zdecydowanie krytykuje „bezwartościowe zwłoki, które obecnie rozmieściły swoje gnijące tyłki na angielskim tronie". To co aprobuje to raczej dawny, średniowieczny (i nieco wyidealizowany) model króla jako naturalnego autorytetu plemienia czy szczepu, cechującego się dzielnością i innymi przymiotami ducha. Ma to zatem niewiele wspólnego z obecną monarchią parlamentarno-konstytucyjną, aczkolwiek trudno tu mówić o odwołaniu np. do legitymizmu w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Podsumowując, można rzec, iż narodowy anarchizm Troya Southgate'a jest radykalnym odłamem Trzeciej Pozycji, wyrosłym z korzenia narodowego rewolucjonizmu, z tego jego nurtu, który nacjonalizm postrzega przede wszystkim jako żywioł „ludowy" (ale niekoniecznie masowy!), wyzwoleńczy, radykalny społecznie i przeciwny zarówno faszystowskiemu kolektywizmowi, jak i „prawicowemu autorytaryzmowi" w typie Franco czy tym bardziej Pinocheta. Tym niemniej ta „lewicowość" nie ma wymiaru marksistowskiego i materialistycznego, albowiem silna jest inspiracja tradycjonalizmem, duchowością Legionu Michała Archanioła, zakorzenieniem w mitach i symbolach indo-europejskich. Paradoksalnie zamiłowanie do swoiście „neo-średniowiecznej" wizji niewielkich, organicznych wspólnot może czynić ten nurt bardziej „konserwatywnym", niżby się to mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Ewentualnej realizacji swoich koncepcji narodowi anarchiści upatrują w budowaniu na uboczu obecnego systemu własnych struktur oraz w upadku systemu „kapitalistycznego", tj. demoliberalizmu Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych - pewną nadzieją ma tu być islam oraz anty-amerykańskie prądy w krajach Ameryki Łacińskiej, Azji czy Afryki. Oczywiście pojawia się tu także typowe dla tradycjonalistów różnej maści przekonanie o postępującej dekadencji i zgniliźnie Zachodu, o upadku wartości duchowych i heroicznych, zakażeniu hedonizmem i kultem przeciętności.

Poglądy Troya Southgate'a przeanalizowałem przede wszystkim na podstawie kilku wywiadów z nim oraz artykułów jego autorstwa i na jego temat (źródła w przypisach). Troy Southgate wydał także (nakładem „Inner Traditions") książkę „Tradition & Revolution: Collected Writings of Troy Southgate" z wyborem swoich artykułów (są tam zawarte także wywiady z nim). W roku 2006 Troy udzielił wywiadu dla pierwszego numeru polskiego pisma internetowego „Młodzież Imperium".

Oczywiście Southgate nie jest jedynym ideologiem narodowego anarchizmu, można tu wspomnieć jeszcze takie nazwiska jak Hans Cany czy Peter Topfer - tym niemniej Southgate wydaje się być najbardziej wyrazistym i - mimo niewielkiej liczebności tego ruchu - najbardziej znanym. To rzecz jasna względne, bo np. w Polsce narodowy anarchizm i tak kojarzony jest raczej tylko przez nieliczne jednostki lubujące się w ideowych poszukiwaniach. Nie ma póki co żadnej organizacji odwołującej się do koncepcji Southgate'a. Taki jest stan rzeczy na lipiec roku 2009. Trudno powiedzieć, czy w przyszłości coś się w tej materii zmieni.

Adam T. Witczak


Źródła:
1) http://www.extremepolitic...troy-southgate/
2) http://www.rosenoire.org/interviews/southgate.php
3) http://www.rosenoire.org/interviews/troy.php
4) http://rosenoire.org
5) http://www.rosenoire.org/interviews/southgate2.php
6) http://en.wikipedia.org/wiki/Troy_Southgate
7) http://www.myspace.com/troysouthgate


Podziel się
oceń
3
0

Idea: Antyliberalna prawica, a zagadnienie wolności

czwartek, 15 lipca 2010 8:35


   Światkiem „skrajnej prawicy" wstrząsnęła niedawno wieść o „sojuszu taktycznym" organizacji „Falanga" z tzw. „trzecioświatowymi maoistami", wywodzącymi się z Radykalnej Lewicy Komunistycznej im. Kazimierza Mijala. W działalność „Falangi" zaangażowanych jest kilka osób, które jednocześnie są (były?) członkami Organizacji Monarchistów Polskich, mało tego: niektóre z nich otwarcie wyraziły swoje poparcie dla wspomnianego aliansu, a nawet aktywnie uczestniczyły w jego utworzeniu.

   Nie chciałbym w tym tekście odnosić się bezpośrednio do tego szczególnego wydarzenia, ponieważ napisano w tej sprawie wystarczająco dużo oświadczeń, nie mówiąc już o postach na forach internetowych, komentarzach na portalach etc. Niech jednak fakt, że niektórzy radykalni konserwatyści (zamiennie: tradycjonaliści, reakcjoniści) znaleźli wspólny język z przedstawicielami totalitarnej lewicy (nie bójmy się tego sformułowania, nawet jeśli zainteresowani woleliby mówić tu o autorytaryzmie oraz o przekroczeniu schematu „lewica-prawica") - będzie punktem wyjścia do szerszej refleksji na temat ogólnie pojętej wolności oraz stosunku środowisk prawicowych do tejże.
Skądinąd bowiem wiadomo mi, że autorzy „porozumienia z maoistami", a także niektórzy inni konserwatyści - nie ukrywają swojego nieufnego, albo i pogardliwego stosunku do operowania pojęciem „wolności osobistej", powoływania się na nie, wykorzystywania go przez prawicę. Tyczy się to również „wolności gospodarczej", której (zasadniczo) nie potępiają, ale którą są gotowi z różnych przyczyn poświęcić czy ograniczyć. W pojęciu „wolności" dopatrują się bowiem konstruktu rewolucyjnego, jakobińskiego, oświeceniowego, rozkładowego, prowadzącego do permisywizmu i demoralizacji. Pojęcia „obowiązku", „dyscypliny", porządku są im znacznie bliższe. Z niektórych wypowiedzi (Ronalda Laseckiego, Adama Danka, a także - czy paradoksalnie? - Łukasza Kluski) wynika, że z sympatią spoglądaliby na społeczeństwo „odgórnie konserwowane", nawet z wykorzystaniem metod przymusu, cenzury, może wręcz pewnego rodzaju inwigilacji. Nawiasem mówiąc, przypomina to sposób myślenia Mirosława Salwowskiego (którego szanuję i w żadnym razie celem moim nie jest tu wywołanie wzgardliwego uśmieszku na twarzy czytelnika - a mówię to z racji obecnej tu i ówdzie swoistej mody na wyszydzanie „brawaryzmu").
Z drugiej jednak strony mamy 20 lat działalności Organizacji Monarchistów Polskich, której oficjalna linia zawsze zawierała się w triadzie: Tradycjonalizm, Legitymizm, Wolny Rynek - i która zasadniczo stała i stoi na stanowisku sformułowanym przez Adriana Nikla tak: „władza króla kończy się na progach naszych domów". Powstaje pytanie: czy można tu mówić o rozłamie wsród reakcjonistów, o podziale na „konserwatystów wolnościowych" i „antywolnościowych"? Czy rzecz tyczy się spraw zasadniczych, czy tylko szczegółów? Czy ktokolwiek ma monopol na monarchizm, prawicowość, tradycjonalizm? Nie twierdzę, że ten artykuł udzieli pełnej odpowiedzi na te pytania, chciałbym natomiast przedstawić kilka moich refleksji na temat sprawy „wolności".
Nie da się ukryć, że sam napisałem w życiu co najmniej kilka tekstów (publikowanych np. na łamach „Młodzieży Imperium", „Myśli Polskiej" i nie tylko), w których negowałem „wartościowania mieszczańskie", „cnoty liberalne", „mity wolności i równości" równie mocno (albo jeszcze bardziej) jak wspomniani wyżej koledzy i nie-koledzy. Czy zatem mam zamiar „przeprosić za rewolucyjny konserwatyzm" i ogłosić (niczym Cezary Michalski) przejście na pozycje „liberalizmu zgnuśnienia"? Z pewnością nie - ale spróbuję wyjaśnić, dlaczego uważam, że prawica powinna (przynajmniej obecnie, w odniesieniu do spraw „praktycznych i codziennych") walczyć o wolność (co prawda - nie w każdym sensie!), a przynajmniej - nie odnosić się z założenia wzgardliwie do tego pojęcia.
Istotnie, nie uważam siebie za liberała. Istotnie, wyrastam (na ile potrafię i na ile go rozumiem) z rzymskiego katolicyzmu, poza tym nie obawiam się „złowrogich" etykiet „nacjonalisty", „konserwatysty" etc. Co więcej, gdy mowa o teorii, to byłbym w stanie podpisać się pod stwierdzeniem w rodzaju „jedyna wolność jaka nas interesuje to wolność od grzechu, a nie rzekome prawo do błądzenia i majaczenia". Pozostają jednak dwie inne sprawy: praktyka potencjalnego „państwa po Kontrrewolucji" - oraz obecna rzeczywistość i nasze umiejscowienie w niej.
Otóż bardzo łatwo formułuje się ogólne stwierdzenia w rodzaju przytoczonego powyżej, powstaje jednak pytanie - co z ich egzekwowaniem, z praktyczną realizacją? Natura ludzka jest ułomna - konserwatyści często przytaczają tę oczywistą prawdę jako przyczynę, dla której człowiek powinien być odgórnie trzymany w ryzach - przez religię, króla, państwo, normy społeczne etc. Ale ten medal ma także (przede wszystkim?) drugą stronę, a mianowicie ułomność „kontrolerów". Jak wielki kredyt zaufania można dać cenzorom, strażnikom moralności, wychowawcom i „autorytetom", nawet jeśli działają „z upoważnienia monarchy" i pod królewskimi sztandarami?
To rozróżnienie na obszar rozważań teoretycznych i zagadnienie praktycznej realizacji jest dość istotne. Zauważmy bowiem, że z pewnej perspektywy nawet agrarno-komunistyczny ustrój „Demokratycznej Kampuczy" Pol-Pota może się wydawać inspirujący. Wczesna pobudka (zdrowe), wymarsz do owocnej pracy na roli (zdrowe, naturalne), skromna odzież i posiłek (nieomal „chrześcijańskie"!), brak czasu na lenistwo, gnuśność i grzeszne myśli, wieczorem referat patriotyczny i zasłużony wypoczynek - coś w rodzaju wielkiego obozu harcerskiego albo zakonu! A jednak takie mrówcze życie okazałoby się dla większości ludzi nieznośne, nawet gdybyśmy pominęli klęskę głodu oraz założyli sprawiedliwość i uczciwość strażników.
Nie pragnę tu odnosić się do konkretnych postulatów, związanych z wolnością. Niekoniecznie jednoznacznie ocenię, czy w wymarzonym „państwie po Kontrrewolucji" (zamiennie: Restauracji) powinny być legalne tzw. narkotyki, rozerotyzowane fotografie, burdele, krótkie spódniczki, palenie w miejscach publicznych, mieszkanie ze sobą par bez ślubu kościelnego, wymiana „pirackich" plików przez internet, słuchanie muzyki metalowej, malarstwo abstrakcjonistyczne, krytykowanie władzy, zakładanie prywatnych osiedli z własnymi regułami i tak dalej. W niektórych z tych spraw mam określone zdanie, w niektórych nie, do części będę jeszcze wracał. Bardziej chodzi mi o to, by nie spalić pochopnie „wolności osobistej" na stosie wraz z potępionymi „ideałami jakobińskimi", by nie tracić jej z pola widzenia w imię „ładu i porządku".
Weźmy np. cytat z Adama Danka (z jego tekstu „Cenzuro wróć!"):

„Już słyszę głos jednego z produktów tego rozkładu - demokraty czy innego liberała - jak ględzi kaznodziejskim tonem: mamy wolność sumienia i wolność mediów, ludzie mają prawo tworzyć i oglądać również filmy uważane przez innych za szkaradne i nikomu nie wolno im zabronić, a pana przecież nikt do tego nie będzie zmuszał. Odpowiadam: stul pysk, parchu, i na kolana. To ty stajesz w obronie każdego plugastwa z gębą pełną „praw człowieka", „samorealizacji" i „wolności obywatelskich". Ale gdy w grę wchodzą inicjatywy podejmowane dla ratowania resztek naszej cywilizacji, nigdy nie można na ciebie liczyć, ba, pierwszy je oprotestujesz jako „zagrożenie dla demokracji". Więc zacznij się kajać, zgniłku. Masz coraz mniej czasu.
Ktoś musi na powrót wpoić Europejczykom duchową karność i rudymentarne poczucie przyzwoitości, choćby kijem. Jeśli nie prawowity autorytet, niech zrobi to bojówkarz w czarnej koszuli. A jeśli nie on - to mułła czy kalif. Ale tak dalej być nie może.""

Artykuł, z którego zaczerpnąłem ten fragment, zasadniczo tyczy się filmów i widowisk bardzo obscenicznych, okrutnych i perwersyjnych. Nie twierdzę bynajmniej, że utożsamiam się z tokiem myślenia tak plastycznie opisanego „parcha" (vel „zgniłka"), ale nie znaczy to, bym bezrefleksyjnie powierzył kontrolę widowisk owemu herosowi w czarnej koszuli. Owszem, możliwe że w przypadku konkretnych „tworów kultury" (antykultury?) podzieliłbym refleksję autora, ale wszystko wskazuje na to, że ma ona wymowę znacznie bardziej ogólną. Zawsze można przecież powiedzieć, że perwersje są dopiero na końcu, zaś już na początku mamy „ziarna rozkładu", które należy rozpoznać (powierzmy to „królewskim" albo „narodowym" cenzorom!) i już na wstępnym etapie rozdeptać „fanatycznie i nieubłagalnie". Jestem więc w stanie wyobrazić sobie, że oto ja sam zmuszony zostałem do klęczenia przed „czarno-koszulistą" i spowiadania się oraz przepraszania (o ile tak skromne formy ekspiacji zostałyby w ogóle przyjęte). Spowiadania się ze słuchania „zdegenerowanych" zespołów rockowych lub (co gorsza) industrialnych, „obrażających niezmienne kanony piękna i będących policzkiem wymierzonym Platonowi"; z paradowania w latach młodości w pasiastych spodniach i poszarpanej kurtce (tj. w „błazeńskich łachmanach punkowca, wyrażających bunt przeciw cywilizacji"); czytania „głupawych, amerykańskich powieści science-fiction, mącących młodym ludziom w głowach"; być może jeszcze z wielu innych, podobnych rzeczy. W żadnym razie nie twierdzę tu, że to Adam Danek ścigałby mnie za owe uchybienia - skąd jednak możemy wiedzieć, kto wówczas będzie odziany w czarny uniform? Pamiętajmy przy tym, że zakładamy prawo owych strażników do ingerencji także w nasze życie prywatne, towarzyskie, rodzinne, osobiste, intymne. Tu mogę więc wyobrazić sobie inny element „kontroli", który (z tego, co zdołałem zauważyć) wydaje się być marzeniem pewnych konserwatystów, w szczególności z „odłamu brawarystycznego" - a mianowicie komanda starszych pań (albo jakieś „dwójki moralnościowe" złożone z proboszcza i sołtysa), obliczających ile czasu w moim domu spędziła „ta młoda osoba płci przeciwnej" i co przez ten czas mogło się stać - i donoszących o tym odpowiednim władzom. W istocie można to wszystko rozciągnąć znacznie dalej - dlaczegóż właściwie kontrrewolucyjne państwo nie miałoby nam zabronić palenia papierosów, picia kawy, leniuchowania na słońcu etc., dlaczegóż nie miałoby nam nakazać np. wstawania o szóstej rano, regularnego mycia się etc.? Brzmi fantastycznie, przesadzam? Któż to wiedzieć może...? Zawsze można powołać się na kilku królów (wszak prawowitych), którzy od czasu do czasu takie reformy wprowadzali. Ale mało tego, wyszliśmy przecież od sojuszu falangistów z maoistami. W tej sytuacji znacznie łatwiej o uzasadnienia: zdrowie narodu, poświęcenie dla wspólnej sprawy, totalna mobilizacja grup roboczych... A cóż dopiero wolność gospodarcza i własność prywatna, które łatwo można opatrzyć etykietkami w rodzaju „bożki burżujów", „bałwany liberałów" lub rozlicznymi zastrzeżeniami typu „dobro wspólne", „w zgodzie z celami i potrzebami narodu" etc.
Podkreślam: nie wyznaję liberalnej zasady, jakoby rzeczywiście wolno było dosłownie wszystko, co nie szkodzi bezpośrednio... i tak dalej. Tym niemniej uważam, że obywatel (poddany) powinien mieć pewien obszar swobody w swoim życiu - wliczając w to także swoiste „prawo do błędów" (świadomie w cudzysłowiu) - i nie powinien to być obszar wąski. Niewykluczone, że ci, z którymi niejako polemizuję w tym tekście, zgodziliby się z tym (a może nawet uznali to za truizm), sprzeczam się tu jednak przede wszystkim o język, o rozłożenie akcentów. Być może tworzę pewne nadinterpretacje i zbyt poważnie traktuję niektóre zwroty retoryczne, być może też wrzucam do jednego worka zbyt wiele osób i środowisk (tu „Falanga", tam Łukasz Kluska i „OMP Lublin", dalej Mirosław Salwowski etc.). Jest w tym pewne przewrażliwienie, a wynika ono z faktu, że nie chciałbym mieszkać w kraju, w którym całość życia jest upolityczniona (czy może - użyjmy tu karkołomnego sformułowania - „uideologiczniona"). Przeciwnie, chciałbym mieć (co tam ja, chciałbym tego dla bliźnich, rzecz jasna!) możliwość posłuchania muzyki z gatunku „harsh noise", wypicia piwa (o zgrozo - w miejscu publicznym!), wejścia na własne ryzyko do opuszczonego budynku, rzekomo „grożącego zawaleniem", wychowywania dzieci tak, jak chcę - i tak dalej.
Znamienne, że to właśnie „rewolucyjni" konserwatyści (oraz „evolianie" i im podobni) najczęściej używają pojęcia „Anarcha", „droga Anarchy", symbolizującego postawę kogoś niezależnego, kroczącego własnymi ścieżkami, czasem wręcz „aspołecznego". Czy zatem po Kontrrewolucji okaże się nagle, że teraz Anarcha to już szkodnik, czynnik rozkładowy, dekadent i prowokator, a skoro „wygraliśmy", to winien on zauważyć, że wszystko odwróciło się do góry nogami i czas przywdziać „uniform Robotnika" (niechby i nawet - zbroję Rycerza, jednego z wielu w jednolitym oddziale)? Całkiem możliwe - przypomina się tu los awangardowych artystów (futurystów, dadaistów, surrealistów etc.), tak ochoczo wspierających rewolucję sowiecką - którzy, gdy tylko rewolucja okrzepła, stali się nagle niepotrzebnymi już przedstawicielami „burżuazyjnych tendencji rozkładowych", chyba że wystarczająco szybko przechrzcili się na krzepki, budujący, prosty i jednoznaczny socrealizm...
Tak czy inaczej, Kontrrewolucja to wizja odległa, a reakcjoniści „mierzą w tysiącleciach", jak wiemy od Gomeza Davili. Tu i teraz mamy świat demoliberalny, „zgniłyj Zapad", socjalistyczną Unię Europejską, rozszerzającą się biurokrację i coraz ciaśniejsze kajdany „politycznej poprawności". Właśnie w odniesieniu do tego świata kwestia wolności jest naprawdę istotna.
Nie tak dawno miałem przyjemność prowadzić we wrocławskim Civitas Christiana dyskusję poświęconą „zagrożeniom wolności osobistej w świecie współczesnego Zachodu". Wybór takiego tematu wynikał z mojego ówczesnego silnego zainteresowania sprawami wymiany plików, wolności w internecie, „infoanarchizmu" i tzw. (a może - rzekomej) „własności intelektualnej". Badanie tych wątków rozwinęło się wkrótce w ogólniejsze przemyślenia na temat wolności i własności w dzisiejszych czasach, a owocem tego było spotkanie w Civitasie. Od razu powiem, że nie było wówczas i nie jest teraz moim celem uzasadnianie tzw. „infoanarchizmu" i obalanie konceptu „własności intelektualnej" - w tej chwili kwestie te interesują mnie jedynie w odniesieniu do malejącego obszaru wolności osobistej i gospodarczej i stawiam je na równi z innymi.
O czym rozmawialiśmy we wrocławskim Civitasie? O prywatnej edukacji i „home-schoolingu" (nauczaniu domowym), o prawie do posiadania broni oraz obrony swego życia i mienia, o spożywaniu alkoholu w tzw. miejscach publicznych, o antypsychiatrii, o wolnej wymianie plików w internecie, o prywatnych miastach, o szyfrowanych sieciach komputerowych - i tak dalej. O tym wszystkich obszarach, w których uwidacznia się problem wolności osobistej (i gospodarczej, choć to nie było tematem głównym). Teza moja jest następująca: należy dziś wspierać takie wolnościowe inicjatywy, wymierzone w biurokrację, w oficjalne i nieoficjalne próby narzucania rygorów „politycznej poprawności" etc. Rzecz jasna, jak pisałem wcześniej, sprawy te nie będą mi obojętne także za ów tysiąc lat, „po Restauracji" - ale nawet jeśli ktoś w ogólności podchodzi do „wolnościowych" postulatów nieufnie (z pozycji prawicowych, narodowych, konserwatywnych), to przynajmniej dziś winien doceniać wagę sprawy. Mało tego, niech nawet „zniży się" do argumentowania za pomocą „wolności", być może zyskując na tym więcej, niż na upieraniu się, że „powinienem mieć do tego-i-tamtego prawo nie dlatego, że mam jakieś prawa, ale tylko i wyłącznie dlatego, że jest to obiektywnie prawdziwe i zgodne z odwiecznym Ordo".
Powiedzmy sobie szczerze: jako „skrajna prawica" jesteśmy dziś malutcy. Nie jesteśmy teraz gwardzistami w służbie miłościwie panującego króla (cesarza, cara, imperatora, księcia), którzy uzbrojeni w autorytet władzy tępią „podłość, fałsz i brud". Odwrotnie - to konserwatyści „knują wojnę" po kryjomu, są kornikami - i to słabymi. Państwowe szkoły uczą po swojemu (w zgodzie ze standardami „political correctness" i liberalnego, „postępowego" wychowania) - nie mamy na nie większego wpływu, tym silniej powinniśmy więc lansować alternatywne formy edukacji i bronić ich, wygryzać dla siebie choćby małą niszę (mówię tu np. o nauczaniu domowym, o szkołach prywatnych i katolickich). Kieruję te słowa w szczególności do wielu narodowców (narodowych radykałów i endeków), którzy w promocji takich rozwiązać od razu doszukują się zgubnego „indywidualizmu", a przeciwstawiają im „wychowanie narodowe" poprzez państwo. Ale jaki mogą oni mieć obecnie wpływ na to państwo? Niewielki i tymczasowy - w najlepszym razie. Czy zatem warto od razu cedować na nie to, co być może dałoby się wywalczyć choćby dla realizacji swoich własnych, praktycznych celów?
To samo można powiedzieć o innych wymienionych zjawiskach. Szyfrowany, podziemny internet (np. TOR) - no tak, furtka do rozlicznych deprawacji, powie ktoś - ale i możliwość (przynajmniej teoretyczna) prywatnej, poza-systemowej wymiany informacji.
Antypsychiatria? „Obłędna koncepcja lewacko-libertariańskich mędrków"... ale czy nie można na nią spojrzeć jako na sposób obrony przed potencjalnym zaszufladkowaniem prawicowców jako „osób chorych i wymagających leczenia", dotkniętych „autorytarnym zaburzeniem osobowości"?
Wolność słowa? Matka wszystkich herezji, niechybnie... ale jeśli tu i teraz prawica zażąda jej likwidacji i zaprowadzenia cenzury - to władza zrobi to bardzo chętnie, udając oczywiście, że nie dosłyszała wyrażonego na końcu żądania, aby kontrolę nad informacją przyznać „posiadaczom obiektywnej Prawdy i wiedzy o Ładzie" (oczywiście to pewna metafora - w istocie wiadomo, że obecne rządy nie mają zwyczaju nawet słuchać „życzeń" skrajnej prawicy, a co dopiero je spełniac - niemniej nie należy im ułatwiać zadania i dawać argumentów do ręki). Nawiasem mówiąc, nawet w „świecie po Kontrrewolucji" powinna być dopuszczalna pewna dawka autentycznej krytyki panujących stosunków - po pierwsze dlatego, że idealne przecież nie będą (w końcu to ziemski padół), a po drugie dlatego, że surowa cenzura odruchowo budzi u człowieka wątpliwości w rodzaju: „skoro tak starają się tego poglądu nie dopuścić do głosu, to może naprawdę coś ukrywają...?" Ktoś mógłby rzec, że tak poniekąd jest w Kościele (tj. nie ma potrzeby, albo i nie wolno mieć wątpliwości), ale mimo wszystko nawet najporządniejsza monarchia to nie religia...
Ze spraw przyziemnych i codziennych - weźmy ów zakaz „spożywania alkoholu w miejscach publicznych". Ratunek przed prostactwem, „buractwem"? A może sztuczny przepis, wymagający obchodzenia tyleż częstego, co karkołomnego, nie chroniący w żaden sposób przed tymi, którzy pijani wytoczą się z mieszkań i knajp - a nie obowiązujący na przykład w (skądinąd słynącym z rygoryzmu) Singapurze...
Sądzę więc, że nie będzie niczym zdrożnym rozbijanie „systemu" właśnie od tej strony - od strony wolności (osobistej i gospodarczej), dopominania się o nią, propagowania rozmaitych (nie wszystkich) „alternatywnych" sposobów oddolnej organizacji niektórych usług świadczonych zwykle przez państwo oraz podkreślania potrzeby „pola manewru" dla człowieka. Rzecz jasna wielu konserwatystów chętnie przytoczy tu znany cytat z Pawła Jasienicy (na temat tego, jak nieprawdopodobnie wieloma prawami cieszył się mieszkaniec świata „ancien regime" w porównaniu z mieszkańcem współczesnej republiki) - i skwituje go stwierdzeniem: „o, taką wolność to ja rozumiem - a nie jakieś bezeceństwa". Pamiętajmy jednak, że tamte stosunki rozpadły się (zapewne: niestety) i trudno dziś mówić o powinnościach feudalnych czy przywilejach cechowych, chyba że ktoś spróbowałby wprowadzić je sztucznie. Warto więc mieć na uwadze ów cytat - ale interpretować go jako argument za tym, o czym była mowa w poprzednich akapitach, za „naszą wolnością" tu i teraz, w obecnych uwarunkowaniach. Pół żartem, pół serio można powiedzieć - jeśli już czerpać „z lewa", to raczej z narodowego anarchizmu, niż narodowego bolszewizmu...
Oczywiście niektóre z opisanych inicjatyw to zjawiska marginalne, może wręcz utopijne, gdy chodzi o ich obecny realny zakres (np. niezależne miasta, „tymczasowe strefy autonomiczne" itd.), pamiętajmy jednak, że nawet jeśli „dziś jest nas mało, zbyt mało, by pójść po wolność" (Honor), to być może kiedyś „z małej iskry wybuchnie wielki ogień" (Konkwista 88). Co prawda - niczego nie obiecuję... „Więc nie miej złudzeń, że wolność nadejdzie - bo nie rozpoznasz jej w tłumie kłamstw" (Honor).
Wcale nie chodzi tu o prawa pojęte liberalnie, o wsparcie dla parad gejowskich i podobnych inicjatyw - tu należy podkreślać raczej ich anty-wolnościowy charakter (posługiwanie się instrumentami urzędowymi, próby narzucania czegoś społeczeństwu etc.). To wszystko odnosi się do taktyki - i jest to coś, co prawicowcy, narodowcy, konserwatyści mogą przyjąć nawet, jeżeli w ogólności nie są wielkimi adoratorami „idei wolności". A czy powinni nimi być? Można tu się sprzeczać o szczegóły, ale jak pisałem wcześniej - nie traktujmy „swobód" z pogardą, nie rzucajmy ich pochopnie płomieniom mitycznego „stosu oczyszczenia".

ATW


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Sojusz ekstremów czy dążenie do prawdy?

środa, 14 lipca 2010 7:41




   Słowa te piszę w momencie, kiedy malutką opinią publiczną polskiego internetowego nacjonalizmu wstrząsnęła fala oburzenia z powodu sojuszu taktycznego organizacji Falanga z maoistami. Jednak nie o Falandze i maoistach będzie ten tekst, wszak wspomniane wydarzenie jest z gruntu nieistotne i nieciekawe (co najwyżej ciekawostkowe). Pewne skojarzenia muszą jednak narzucić się same. Głównym celem moim będzie natomiast trzeźwe spojrzenie na zagadnienie procesu zwanego niewłaściwie naśladownictwem, czerpaniem inspiracji zza rzekomej barykady. W tym kontekście często pojawia się fraza "sojusz ekstremów". Czy jednak wogóle potrzebny jest jakiś sojusz?

   Od pewnego czasu mamy okazję obserwować jak popularność zyskuje nacjonalizm o odcieniu jakobińskim, wracający do korzeni po wieloletniej dominacji paradygmatu prawicowego. Jednocześnie coraz częściej środowiska nacjonalistyczne zaczynają kłaść istotny akcent na to, co od wielu lat było tylko i wyłącznie domeną ruchów lewackich (głównie lewicy antysystemowej). Czy jednak rzeczywiście zwrot ku rewolucjonizmowi, ekologizmowi, postawienie akcentu na sprawy pracownicze i zdecydowany antykapitalizm/antyglobalizm (i tak dalej) to "lewactwo"? Odpowiedzmy od razu: nie, taka ocena to tylko sprytny zabieg dyskursywny. Hasty generalization lub zwykła ordynarna manipulacja faktami, jak kto woli. Przyjrzyjmy się bliżej.

Rozwój współczesnego ruchu nacjonalistycznego oraz (tak tak, ORAZ) narodowego w Polsce był silnie sterowany przez środowiska systemowej prawicy. W przypadku nacjonalizmu bezprzymiotnikowego jest to zupełną aberracją, w przypadku ruchu narodowego o neoendeckich zapędach można natomiast wyrazić pewne szczątkowe zrozumienie. Jak każdy dyskurs, również dyskurs nacjonalizmu prawicowego i neoendecji przesiąkł pewnymi schematami językowymi, sposobami wyrażania myśli i postrzegania rzeczywistości. I tu zbliżamy się do sedna sprawy. Nawet mało uważny obserwator bądź słuchacz dyskusji, w których biorą uwagę narodowcy czy nacjonaliści zauważy, że odejście od wspomnianych zagadnień praw pracowniczych, ekologizmu, antyimperializmu itd., miało swój początek w starannie zbudowanej niechęci do wszystkiego co z pozoru "lewackie/lewicowe", a tak naprawdę po prostu na przestrzeni czasu z jednej strony zagarnięte przez antysystemową lewicę oraz lewactwo, a z drugiej zmarginalizowane w programach systemowej prawicy narodowej.

Jednak przykładowo: prawa pracownicze nie są wynalazkiem z gruntu lewackim. Ich ochronę można wyprowadzać zarówno z czerwonego dogmatu walki klas jak i z chrześcijańskiego przykazania miłości bliźniego, którego wyzysk (nieistotne w jaki sposób) jest zwykłym grzechem. Podobnie umiłowanie natury, środowiska zielonego i ożywionego może wynikać zarówno z trendów new-age'owych jak i z etosu franciszkańskiego. Antyimperializm zaś można wyprowadzać zarówno z myśli ojców anarchizmu jak i z idei Europy stu flag, czy afirmacji prawa do samostanowienia będącego ośrodkiem programów politycznych większości partii i ugrupowań nacjonalistycznych oraz narodowych. Przykłady można mnożyć, jednak wniosek będzie zasadniczo zawsze jeden i ten sam: pewne zagadnienia zostały siłą rzeczy skrzętnie skanalizowane z pomocą dyskursów w ruchy lewicowe i prawicowe tak, aby ten wszechobecny podział na prawo i lewo skutecznie uniemożliwiał dążenie do prawdy i doskonałości na wszystkich istotnych poziomach naraz. O tym, jakie skutki niesie za sobą takie okaleczenie sceny politycznej i społeczeństwa, ten tekst jednak nie traktuje.

Jak dotąd, za pomocą różnych schematów dyskursywnych skutecznie udawało się z obu stron fałszywej barykady budzić niechęć: po lewej stronie do patriotyzmu, chrześcijaństwa, społeczeństwa hierarchicznego, po prawej zaś do tendencji decentralizacyjnych, antyglobalizmu i antyimperializmu (oznaczającego również zdecydowaną niechęć do kapitalizmu korporacyjnego). Stąd tak rzadkie i często pustym śmiechem zbywane ruchy trzeciopozycyjne, autonomiczne, lewica narodowa i nazbole, czy nawet marginalny choć zadziwiająco spójny wymysł narodowego anarchizmu. Oczywiście nie twierdzę, że samo zrzucenie z oczu klapek narzuconych przez mający ledwo kilkaset lat podział na prawo i lewo oznacza od razu dostąpienie do prawdy objawionej. Wspomniane ruchy również błądzą, niektóre popełniają wręcz rażące błędy. Jeśli jednak tylko dążą do prawdy z czystych pobudek a nie z chęci potęgowania ekstremizmów, zasługują na uznanie jako realizujące zasadę wolności słowa i myśli. Nic nie jest wszak z gruntu prawicowe ani lewicowe, a liczy się motywacja z jaką podnosimy dany postulat.

Sojusz ekstremów dla samego li tylko ekstremizmu jest działaniem pustym i bezproduktywnym na dłuższą metę. Prowadzi do szeregu kompromisów i w końcu na manowce. Jeśli jednak umiejętnie i rozumnie łączy się elementy tzw. "lewackie" dla jednych i "faszystowskie" dla innych właśnie z chęci dotarcia do sedna danej sprawy, nie ulegając dyskursom ani schematom myślowym, to o wiele łatwiej do tego sedna dotrzeć. Dla porównania: o wiele łatwiej znaleźć ptaka w gąszczu drzew jednocześnie rozglądając się i nasłuchując, niż trwale zakrywając sobie oczy bądź uszy "bo tak wypada w moim środowisku". D.

Źródło: Nacjonalista.pl


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Ocena Kaczyńskiego z punktu widzenia idei narodowej

wtorek, 29 czerwca 2010 7:22

 
   Narodowiec (inaczej: Wszechpolak, Endek) kieruje się w ocenie zagadnień politycznych (w tym wydarzeń, decyzji) w pierwszej kolejności kryteriami idei narodowej, czyli zbioru (1)podstawowych zasad politycznych, (2)celów narodowych i (3)interesów narodowych wywiedzionych z refleksji nad

- moralną i materialną kondycją Narodu,
- perspektywami jego wszechstronnego rozwoju oraz
- aktualnymi zagrożeniami jego bytu.

Zagadnienie Suwerenności.

Naród musi się rządzić samodzielnie („być o własnym prawie"), nieustannie w każdym pokoleniu afirmować swoją wolność i stale umacniać niepodległość, jeśli chce być „panem własnych losów", a mówiąc bardziej nowocześnie: wejść na drogę wzrostu gospodarczego i rozwoju cywilizacyjnego. Stąd tak ważna kwestia niezgody na jakąkolwiek formę konstytucji ponadnarodowej, czyli prawa nadrzędnego nad prawem Państwa („organizacji politycznej Narodu"). Ruch Narodowy sprawę tę zawsze stawiał jasno: nie dla euro-traktatów.

Kaczyńscy zgodzili się na Traktat Lizboński, a nawet ogłosili jego wynegocjowanie i podpisanie jako swój tryumf i wielką zasługę. Traktat ten to jawna zdrada interesu Polski i złamanie zasady suwerenności Narodu.

Zagadnienie fundamentalnych wartości naszej cywilizacji i chrześcijańskiej tożsamości Narodu.

Prawo do życia od momentu poczęcia zasługuje na konstytucyjne gwarancje. Ruch Narodowy konsekwentnie dążył do uchwalenia takiego prawa.

Kaczyńscy uczynili wszystko co w ich mocy, żeby najpierw podważyć w ogóle zasadność i celowość tego prawa w oczach opinii publicznej (wystąpienia w mediach: M. Kaczyńskiej, J. Kaczyńskiego, J. Kurskiego, P. Gosiewskiego, J. Szczypińskiej i M. Suskiego); następnie stosując różnorakie formy represji wewnątrzpartyjnej łamali sumienia swoich posłów celem zablokowania inicjatywy konstytucyjnej; na koniec ich kierownictwo partii jawnie zagłosowało (w tym J. Kaczyński) przeciw stosownym artykułom o ochronie życia w konstytucji.

Zagadnienie polityki na rzecz rodzin.

Rodzina jako fundamentalna instytucja życia Narodu powinna cieszyć się wszechstronnym wsparciem i opieką Państwa, zarówno w dziedzinie materialnej (sfera podatkowa), jak i moralnej (ochrona przed deprawacją). Ruch narodowy jako pierwszy podjął kwestie wprowadzenia elementów polityki prorodzinnej do obszaru działań rządu i parlamentu. Pamiętajmy, że polityka prorodzinna to nie socjalna, a jedynie bardziej sprawiedliwa redystrybucja dochodu narodowego (rodzice płacą wyższe podatki,  m.in. nabywając towary z VAT, czyli przy każdych zakupach w sklepie płacąc de facto podatki z tytułu posiadania dzieci).

Kaczyńscy uczynili wszystko (łącznie z groźbami rozwiązania sejmu), by zablokować wszelkie inicjatywy prorodzinne, w tym świadczenia z tytułu urodzenia dziecka (tzw. becikowe) i ulgi podatkowe na dzieci. Ich grupowanie w dyscyplinie zagłosowało przeciw w. w.  inicjatywom, posługując się argumentacją zaczerpniętą z repertuaru skrajnej lewicy (m.in. „to pomoc socjalna dla najbogatszych"). Natomiast w kwestii inicjatywy idącej w kierunku zaostrzenia przepisów o pornografii (M. Piłka) ugrupowanie Kaczyńskich wydało posłom zakaz popierania tego rozwiązania.

Zagadnienie prawdy historycznej.

Naród, by był w pełni świadomy swych losów i efektywnie stosował nauki płynące z historii jako nauczycielki życia, musi swoją pamięć historyczną kształtować na niezakłamanej prawdzie historycznej.

Kaczyńscy do prawdy historycznej zawsze podchodzili w sposób wysoce selekcyjny, afirmując tylko te wydarzenia z przeszłości, które legitymizowały ich antyrosyjską linię (Katyń), innym próbując nadać wyraźnie upolitycznione oblicze (także antyrosyjskie - Powstanie Warszawskie), jeszcze inne - te które nie pasowały do ich linii - świadomie wyciszając (zbrodnie ukraińskie), lub niezgodnie z interesem Polski blokując ich wyjaśnienie (wstrzymanie ekshumacji w Jedwabnem przez L. Kaczyńskiego).

Zagadnienie zagrożeń wewnętrznych Narodu.

Masoneria bezwzględnie uznana była przez Ruch Narodowy jako główne polityczne zagrożenie życia narodowego, zgodnie zresztą z nauczaniem Kościoła katolickiego. Wolnomularze wielokrotnie w naszej historii haniebnie przyczyniali się do osłabienia pozycji Polski (szczególnie od XiX wieku), a nawet zakwestionowania jej niepodległości. Stanowili tzw. V kolumnę.

Tymczasem Kaczyńscy bez żenady afirmowali masonerię w polskiej polityce, posuwając się nawet do wysłania ministra kancelarii prezydenta z „Listem od L. Kaczyńskiego" na otwarcie żydowskiej loży masońskiej B'nai B'rith z gratulacjami i laudacją (patrz: oficjalna strona B'nai B'rith).

Zagadnienie obrony dobrego imienia Polaków i Polski.

Formacja polityczna, które chce autentycznie służyć swojemu Narodowi jako jedno z głównych zadań musi podjąć kwestię obrony honoru Polaków. Ruch Narodowy zawsze przykładał do tego wielką wagę, piętnując w kraju i zagranicą przejawy antypolonizmu (patrz: m.in. liczne wystąpienia i interwencje na emigracji J. Giertycha).

Znane są przypadki kiedy to PISowcy przyłączali się do chóru szkalującego Polaków, pomawiając nas o antysemityzm, co prowadzi wprost do obarczenia nas współodpowiedzialnością za holocaust (m.in. M. Kamiński w euro-parlamencie: „martwcie się o antysemityzm w Polsce, nie na Ukrainie, bo w Polsce jest go o wiele więcej").

Zagadnienie Ruchu Narodowego.

Polska nie zachowa suwerenności, niepodległości a nasze Państwo nie wejdzie na drogę wielkości bez zorganizowania sił narodowych wokół idei narodowej i w ramach Ruchu Narodowego. Przeciwko Ruchowi Narodowemu główni wrogowie Polski (naziści, komuniści) stosowali najkrwawsze metody eliminacji fizycznej oraz zakłamywania naszej historii aż po „śmierć moralną" (m.in. dwa pokolenia Michników).

L. Kaczyński nigdy nie krył nienawiści do Endecji (patrz: wywiad z Rzeczpospolitej o jego „głębokiej niechęci"). Natomiast wyeliminowanie z sejmu formacji politycznej Ruchu Narodowego (LPR) uchodzi dziś za główny sukces (!), a może nawet jedyny spektakularny J. Kaczyńskiego (zresztą od początku przyświecały mu takie intencje - por. jego wystąpienie w Fundacji Batorego z 2005 r., że najważniejszym jego celem politycznym jest eliminacja z polityki „populistów" z LPR, na co dostał od tej Fundacji błogosławieństwo i legitymizację dla dalszych działań).

W sytuacji wielorakich zagrożeń narodowych dla współczesnego życia Polski, oraz uwzględniając kolosalne trudności, jakie w dobie (postkomunistycznej) apatii społecznej napotykają wszelkie formy organizowania Polaków do walki o ich interesy, fakt odbudowania Ruchu Narodowego po '89 r. należy uznać za wielkie dobro społeczne. Każdy, kto przyczynił się do zniszczenia tego dobra, czyli de facto - osłabienia potencjału służącego obronie politycznej interesu Polaków - jest szkodnikiem Sprawy Narodowej, służącym (świadomie bądź koincydentalnie) wrogom Polski.

Każdy, moim zdaniem, kto poprał L. Kaczyńskiego w wyborach w 2005 r. ponosi moralną i polityczną współodpowiedzialność za wszystkie w. w. decyzje i działania Kaczyńskich szkodzące Polsce, w tym współodpowiedzialność za wyeliminowanie z sejmu Ruchu Narodowego (także sami działacze LPR, którzy glosowali za Kaczyńskim w wyborach w 2005 r. ponoszą taką współodpowiedzialność). Taka jest natura i wewnętrzna logika demokracji: głosujesz, to ponosisz współodpowiedzialność i moralną, i polityczną za działania swego kandydata w przyszłości.

Ponadto każdy, kto obecnie poprze J. Kaczyńskiego w wyborach w 2010 r. ponosi po pierwsze współodpowiedzialność moralną i polityczną za legitymizację wszystkich w. w. działań Kaczyńskich z przeszłości (w tym: Traktat Lizboński, fiasko konstytucyjnej obrony życia, legitymizację wolnomularstwa, eliminację Ruchu Narodowego ze sceny politycznej) oraz dodatkowo: współodpowiedzialność moralną i polityczną za wszystkie działania J. Kaczyńskiego przez najbliższe pięć lat.

Każdy oczywiście w sumieniu rozważy, co mu czynić się godzi. Ja tylko wyartykułowałem kryteria, które jakoś ten wybór mogą uporządkować, a których nauczyłem się w szkole endeckiej od moich ideowych mistrzów (Seniorów).

(Ja osobiście na wybory się nie wybieram. Oceny Komorowskiego nie mam potrzeby robić, bo ewidentnie widać, że podobnie jak J. Kaczyński łamie on w. w. kryteria, a jego kandydatura raczej nie jest brana pod uwagę jako możliwa do poparcia przez narodowców. Fundamentalnych różnic między nimi nie widzę.)

Wojciech Wierzejski

Źródło: Wierzejski blog


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Bunt młodych XX wieku. Powstanie i działalność Obozu Narodowo- Radykalnego w kwietniu 1934

środa, 19 maja 2010 6:47


   Na początku badania historii każdej organizacji należy zadać sobie pytanie - jaka idea przyświecała osobom, które ją stworzyły? Co chcieli zmienić ludzie powołujący ją do życia? Czego chcieli dokonać? Gdyby nie idee, nie byłoby potrzeby tworzenia. Nie inaczej jest również i w tym przypadku, kiedy chcemy w ramach danej organizacji dokonać "rozrachunku ze współczesnością" - zapytać o to, co pozostało z tradycji, do której się odwołujemy. Co więcej - dziś, kiedy zmieniły się realia, musimy częściej odpowiadać na pytania o własne cele i o własną tożsamość.

   Idea stworzenia Obozu Narodowo-Radykalnego pojawiła się w momencie historycznym, który był przełomowy dla całej Europy (i nie tylko). Co więcej, jego niezwykły charakter możemy ocenić nie tylko z perspektywy historycznej - twórcy Ruchu Narodowego również doskonale go pojmowali. Po I wojnie światowej, będącej szokiem dla współczesnych, cała Europa pełna była idei zaprowadzenia jakiegoś - starego lub nowego - ładu na gruzach powstałych w trakcie walk 1914-1918. Cały świat dotychczasowy odszedł w przeszłość, co wprowadziło poczucie niepewności u młodych ludzi wychowywanych w innym niż demokratyczno-liberalnym duchu. Stare instytucje polityczne straciły znaczenie, a zmęczona wojną większość chciała zyskać stabilizację na wartościach cywilizacji kupców i mieszczan. Młodym, pełnym zapału i wychowanym na lekturach opiewających dawne kanony wartości ludziom, ta nowa cywilizacja wydawała się nijaka, żadna.

Dlatego w całej Europie powstawać zaczęły ruchy i organizacje dążące do zmiany zaistniałej sytuacji, wprowadzeniu porządku na miejsce zrelatywizowanego i nieuporządkowanego świata demokracji. Wracać zaczęły elementy wodzostwa, hierarchii, mistycyzmu i innych elementów miejscami mocno wyidealizowanej tradycji. To na tej fali wyrosły takie ruchy jak rumuński Legion św. Michała Archanioła, belgijski Rex czy też hiszpańska Falanga. W ten nurt też wpisywał się w okresie międzywojennym Obóz Narodowo-Radykalny. Mimo różnicujących te ruchy konkretnych uwarunkowań politycznych, we wszystkich wyróżnić możemy te same akcenty, stawiane na przeciw demokracji, ekonomizmu, materializmu, indywidualizmu, sekularyzmu, odwrót w kierunku takich pojęć jak wspólnota, państwo, naród czy też w stronę wiary chrześcijańskiej.

Należy w tym miejscu zapytać - na ile podobna jest dzisiejsza sytuacja do tej sprzed lat? Możemy wskazać wiele punktów stycznych pomiędzy sytuacją historyczną i współczesną, a ogromna liczba zjawisk, wobec których swój sprzeciw wyrażali twórcy ONR (a następnie RNR "Falanga" i inne) osiągnęła dzisiaj skalę, której oni nigdy nie doświadczyli. Nie chodzi już nawet być może o sam instytucjonalny kształt współczesnego państwa polskiego, ale o stan kultury i ducha narodowego. Odpowiedź na postawione na początku pytanie jest wobec tego jednoznaczna: tak, idee są wciąż aktualne, a współczesny ONR może się do nich z całą odpowiedzialnością odwoływać w swoim sprzeciwie wobec współczesnego świata.

Ale nie uciekamy tym samym przed pytaniami następnymi: czy pozostało coś autentycznego, co można jeszcze ocalić, czy trzeba wszystko budować na nowo? Jeżeli tak, to jakimi środkami? Stan ducha ludzkiego zmienił się od czasów I wojny światowej niepomiernie, podążając za coraz szybszymi zmianami społeczno-gospodarczymi. Czy więc można zastosować sposoby reakcji takie jak stosowano wówczas?

I tak każdy ruch staje w pewnej chwili przed wyborem pomiędzy bezkompromisową i skazaną wobec nowych realiów na porażkę walką a akceptacją części tego, czemu się sprzeciwia w celu zachowania choć niewielkiej części tego co wartościowe. I nie jest wcale kwestią jednoznaczną ocena każdej z dróg. Przeciwnicy jakiegokolwiek kompromisu ze „zmianą czasu" do dziś niekoniecznie odrzucają w całości działalności Stowarzyszenia PAX, zauważając, że dzięki niemu możliwe było przenikanie pięknych idei do kultury narodu znajdującego się pod rządami bolszewickiej dyktatury.

Jak jednak miałaby ta droga wyglądać dzisiaj? Akceptacja struktur i reguł demokratycznych, wspieranie władzy w zamian za zezwolenie na działalność, wchłanianie kolejnych elementów promowanego postępu aby przemycić w jego obszar treści antypostępowe - nawet dla zwolenników taktyki Bolesława Piaseckiego przerzucenie jej na realia współczesne wydawałoby się zbyt daleko idące i prowadzące do śmierci prawdziwych idei. Z drugiej strony zdecydowany opór przed siłą zmian, jakie dokonują się obecnie - nie za sprawą „konieczności historycznej" lecz działalności konkretnych ludzi pracujących nad przemianą mentalności człowieka współczesnego - również skończyć się musi z wielkim prawdopodobieństwem tragicznie. Nie ma dobrej drogi.

Ta patowa sytuacja jednak nie potrwa w nieskończoność. Świat pogrążony w bałaganie prędzej czy później obróci się w ruinę, nie tylko kulturalną - jak to jest obecnie - lecz również polityczną. Obecna sytuacja jest czekaniem na to, aż współczesny świat obróci się w gruzy, gdyż jedynie na gruzach będzie możliwe budowanie czegokolwiek. W środkach nie należy ani uparcie naśladować wzorców sprzed lat, ani też podążać ślepo za zmieniającą się rzeczywistością społeczną - należy je zdecydowanie odrzucić. Ważne jest by być gotowym na ten właśnie moment, kiedy znów środki zaczną odgrywać rolę. Historia być może zatoczy koło i jutro okaże się lepsze i bardziej wyraziste niż dziś.

A. ONR Dolny Śląsk

Źródło: ONR


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Uprzedzeni narodowcy..., czy uprzedzeni do narodowców?

piątek, 07 maja 2010 16:55


   Szeroko pojęty ruch narodowy bywa w dzisiejszych czasach postrzegany przez społeczeństwo, jako zbioro- wisko ludzi, którzy w prącym do przodu świecie wolą stać w miejscu, albo wręcz cywilizacyjnie cofać się. To przekonanie dopełnia zwykle „szczegółowy" obraz narodowca w dwóch opcjonalnych formach: albo jest to starsza agresywna osoba, która o całe zło tego świata obwinia Żydów, albo młody, groźnie wyglądający człowiek, ziejący nienawiścią do wszystkiego, co inne, a w szczególności do gejów i Murzynów.

   Można więc powiedzieć, że powszechna jest opinia, iż myśl narodowa odwołuje się do idei, które sprowadzają się do wszelkich stereotypów i uprzedzeń. Zastanawia mnie jednak, czy to właśnie podejście społeczeństwa nie jest oparte na toku rozumowania stereotypami.

Zarzut skostniałego podejścia do rzeczywistości jest bez wątpienia fałszywy, gdyż podstawa idei narodowej, którą jest umiłowanie ojczyzny (a nie bezmyślna nienawiść do inności), nie pozwala na to. Miłując Polskę pragnie się przecież jej wielkości, a osiągnięcie jej nie jest możliwe bez rozwoju i postępu narodu. Jeśli więc to naród, którego wiążąca siła uświęcona jest mocą czasu, ma być tym rozwijającym się organizmem, trzeba pamiętać o jego odrębności między innymi narodami, która wiąże się ze zdrowo pojętą rywalizacją, a ta jest nieodzownym elementem postępu. Trudno jest więc czynić zarzut pod adresem ruchu narodowego z faktu obrony rodzimej kultury, tradycji i odwiecznych praw, których zachwianie może być tragiczne w skutkach. Niestety to, co w gruncie rzeczy jest właśnie obroną, media błędnie ukazują jako atak, co właśnie wywołuje uprzedzenia opisane na początku tego tekstu. Uprzedzenia, bez względu na ukierunkowanie, są czymś, co ogranicza proces trzeźwego myślenia poprzez uproszczenie oraz zniekształcenie rzeczywistości i jest to w ruchu narodowym czymś jak najbardziej nagannym (wbrew stereotypom!). W niektórych te słowa mogą budzić pewne wątpliwości, ale jeśli tak jest, to można uznać to za odpowiedź na pytanie zadane w tytule niniejszego wywodu.

Można nie zgadzać się z myślą narodową, można mieć wobec niej najróżniejsze wątpliwości, bo nikt nikogo przecież nie ma prawa zmuszać do wyznawania danych poglądów i idei, ale nie zwalnia to żadnego człowieka z ludzkiej powinności myślenia. Jeżeli kogoś w jakikolwiek sposób środowisko narodowe intryguje, a boi się je poznać i zrozumieć, niechaj czym prędzej porzuci stereotypy i sam się przekona, że nie gryziemy ;). Dębowy

Źródło: Narodowa Łódż


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Z GIEWONTOWEJ GRANI WIDZIANE

sobota, 24 kwietnia 2010 18:55


Samorządowe refleksje przedwyborcze, 
a przyszłość Ruchu Narodowego...


   Zbliżające się wybory samorządowe, już tradycyjnie zastają prawicę narodową, czy też pozostające jednak na jej obrzeżach formacje odwołujące się do myśli narodowo-radykalnej, albo w ramach kilku skonfliktowanych porozumień wyborczych, albo w dość irracjonalnym podejściu symbo- licznego zaznaczenia w nich swojego udziału poprzez wystawienie - nie mających żadnych szans osiągnąć najmniejszego sukcesu - dosłownie kilku kandydatów, które de facto ma być wbrew temu co twierdzą domniemaną promocją nie tyleż własnego światopoglądu, co szyldu. Wszyscy wiemy już teraz, czym się to się skończy... 

   Zaistniała destrukcyjna megalomania szeroko rozumianych środowisk narodowych (vide: endecy, narodowi-konserwatyści, narodowi-monarchiści, narodowi-radykałowie etc.) powinna skłaniać nas do głębszego przemyślenia spraw współczesnego Ruchu Narodowego chociażby w odniesieniu do najbliższych wyborów samorządowych. Paradoksalnie standard zaistniałego stanu rzeczy w łonie całego Obozu Narodowego być może stanowić będzie jakiś sygnał alarmowy dla poszczególnych środowisk, a przez to stworzy nowe możliwości zmuszające zantagonizowane organizacje przynajmniej do współpracy na szczeblu lokalnym, co wobec nieuchronnie zbliżających się wyborów samorządowych może przynieść wymierny efekt.

Współpraca środowisk narodowych w głównej mierze powinna być budowana w oparciu o regionalizm struktur poszczególnych organizacji narodowych oraz zaangażowanie niezależnych środowisk narodowych, partii politycznych i stowarzyszeń w rozwiązywanie najważniejszych problemów społecznych lokalnej społeczności. Musi również realnie przeciwstawić się postępującej liberalizacji państwa oraz dosadnie nakreślić różnice światopoglądowe pomiędzy przedstawicielami nurtu narodowego, a sympatykami i członkami Prawa i Sprawiedliwości, którzy w dość wyrafinowany sposób przejmują elektorat prawicy narodowej. Wyzwaniem chwili jest wręcz, by doszło do współpracy całego Obozu Narodowego, która doprowadzi do stworzenia określonej wizji i strategii osiągnięcia akceptowalnego dla nas wszystkich celu.

   O ile w odniesieniu do zagadnień ideowych obejmujących politykę krajową i zagraniczną różnice pomiędzy poszczególnymi podmiotami organizacyjnymi są w mniejszym lub większym stopniu zauważalne, o tyle w stosunku do spraw samorządowych praktycznie struktury całego Ruchu Narodowego są jednomyślne, i chyba ciężko jest tu dostrzec jakiekolwiek kryteria, różnice ideologiczne, czy też raczej założenia programowe, które przeszkadzałyby nam wszystkim we wspólnej pracy na rzecz samorządów i lokalnych społeczności. Bo przecież, głównym celem jest tu praca ze społecznościami lokalnymi znajdującymi się w niekorzystnym położeniu, mająca umożliwić im wspólne określenie potrzeb i praw, jasne przedstawienie celów i podjęcie działań pozwalających te cele realizować w ramach szeroko pojętego Ruchu Narodowego. Ważnym elementem owej strategii powinna być definicja współpracy w formule tzw. filozofii dialogu, a nie wyłącznie postrzegania świata przez pryzmat partykularnego interesu rodzimych formacji. Narodowe partnerstwa samorządowe stanowiące nieodłączny element procesów integracyjnych dokonujących się na szczeblu lokalnym winny przynosić wymierny efekt nie tylko pojedynczym organizacjom narodowym, ale także ich ideowym partnerom, a przede wszystkim lokalnej społeczności wraz z zamieszkałym przez nią regionem. Musimy w końcu pojąć, że dając społeczeństwu świadectwo wewnętrznej solidarności, porozumienia i współpracy oraz wzajemnego poszanowania, pokazujemy mu, że nadrzędność dobra wspólnego ma dla nas wartość nieprzemijającą. Zwróćmy uwagę, że owa wartość jest wszystkim obecnie potrzebna, a jej widoczne niedostatki ujemnie wpływają nie tylko na jakość naszego życia społeczno-politycznego, a także na poziom ideowej spójności Obozu Narodowego.

Najwyższa pora docenić w końcu politykę budowaną w oparciu o analizę lokalnych potrzeb oraz współpracujących ze sobą działaczy narodowych wywodzących się spośród różnych organizacji, a przy tym ściśle zakorzenionych w lokalnej wspólnocie. Daje to wszak możliwość realnego zastanowienia się nad problemami, możliwościami i wyzwaniami, jakie stoją przed współczesnym Ruchem Narodowym, a zarazem szanse na wspólne zespolenie poszczególnych środowisk narodowych w danym regionie. Czy jednak będziemy potrafili wyjść poza własne środowisko? Czy będziemy umieli stworzyć przestrzeń społecznego zaangażowania w ramach Obozu Narodowego? Wypada mieć nadzieję, że tak. Jednak nie oszukujmy się, nie osiągniemy tego bez współpracy czy też istnego zawieszenia broni w łonie całego Ruchu Narodowego, bez oglądania się na siebie aktywistów narodowych nieskorych do wykroczenia poza bieżące działania własnych organizacji.

Często opacznie rozumiejąc wypływające z góry przykazanie niezależności organizacyjnej, usprawiedliwiamy swój brak zainteresowania sprawami o szerszym spektrum. Skutkiem takiego myślenia nie jest ochrona wspomnianej wyżej niezależności, ale - o zgrozo - osłabienie skuteczności działań nas wszystkich. Tym samym, zarówno dla opinii publicznej, jak i innych środowisk stajemy się Obozem pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia i charakteru.

Dążenie do realizacji poruszonych tu zagadnień poprzez przyjmowanie i promowanie jasno określonych ram współpracy przez poszczególne środowiska narodowe stanowi jakby minimum potrzebne do polityczno - strukturalnego rozwoju Ruchu Narodowego, które same w sobie z założenia ma pomóc temuż Ruchowi wyjść z kryzysu, stagnacji oraz szarej strefy życia publicznego.

   Stworzenie ponadpartyjnej, samorządowej listy wyborczej Obozu Narodowego, jednoczącej tych, którzy w myśl założeń naszych przedwojennych ideowych protoplastów, mentorów pragną bezinteresownie służyć lokalnym społecznościom, a w szerszej perspektywie całemu narodowi powinna być pierwszą odpowiedzią na panującą potrzebę szerszej współpracy. Stracono już wiele czasu. Wybory samorządowe odbędą się wkrótce. Zamiast dzielić się na coraz mniejsze, często walczące ze sobą ugrupowania, komitety szukajmy tego, co nas łączy. Bo przyjmując rzymską zasadę „gradu diversa via una", czyli „różnym krokiem, ale jedną drogą", pomimo różnych form organizacyjnych znów możemy być razem. Niech owa konkluzja będzie zachętą tworzenia wspólnej narodowo-patriotycznej listy wyborczej w zbliżających się wyborach samorządowych, a zarazem jakże wymownym przesłaniem do poszczególnych środowisk narodowych. Czy liderzy Ruchu Narodowego pojęli już, jak ważną sztukę nauki na własnych błędach, czas pokaże...

Norbert Wasik /ONR Podhale/

Źródło: Konserwatyzm.pl LINK
Propolonia.pl LINK


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Nacjonaliści wśród kibiców

środa, 21 kwietnia 2010 15:59


   Polityka na stadionach była praktycznie od początków zorganizowanego ruchu kibicowskiego. Powszechnie znane są walki kibiców z milicją za komuny, a początek lat 90-tych to już po prostu eksplozja w postaci krzyżów celtyckich i innych symboli na polskich stadionach. Ostatnio po przestoju na początku nowego wieku, obserwujemy nieśmiały powrót słusznych poglądów na stadiony. Oczywiście nie w każdym mieście jest on równomierny. Jaki polityka i kibicowanie mają związek ze sobą, dlaczego nacjonaliści są na trybunach? Czy wreszcie stojący na trybunie narodowiec, z szalem na szyi i krzyżem celtyckim w rękach to hipokryta? Chciałbym spróbować odpowiedzieć jak to widzę.

   Bardzo częstym zarzutem, co do naszych ludzi (szeroko pojętego ruchu) wśród ultras jest to, iż po drugiej stronie barykady, w przeciwnej drużynie także są osoby o takich poglądach i tworzy się niepotrzebny podział. Może patrząc bardzo ogólnie jest to prawda, ale niekoniecznie do końca.

Należy pamiętać, że kibiców bezmózgą dziczą nazywają media i ludzie nie mający z nimi nic wspólnego. Prawda jest taka, że fani to najbardziej ogarnięta i zorganizowana nieformalna grupa w dzisiejszych czasach. To wewnątrz niej nacisk kładzie się na ograniczenie używek, siłownię, sporty walki - na bycie konkretnym człowiekiem. Wśród kibiców panuje wiele ściśle przestrzeganych zasad, układów. Nie słyszałem o konflikcie dotyczącym drużyn sportowych podczas manifestacji politycznych! Nie słyszałem by takie tematy były w ogóle poruszane, bo prostu nie to miejsce nie ten czas! I sprawa jest moim zdaniem rozwiązana. Oczywiście pisząc to nie mam zamiaru tworzyć jakiś nowych kibicowskich teorii itp., bo wiadomo, że ludzie skupieni na działalności typowo kibicowskiej żyją swoim światem, ale to co piszę może dotyczyć pojedynczych nacjonalistów będących kibicami i politycznymi żołnierzami. Bo moim zdaniem to się po prostu nie gryzie.

Co, z tego, że zjednoczeni na jakieś manifestacji na co dzień możemy siedzieć po przeciwnych stronach barykady i obrzucać się wyzwiskami? To jest właśnie dla osoby z zewnątrz kibicowskiego światka niepojęte. A podobnie przecież jest na meczach reprezentacji Polski. Na co dzień wyzywający się kibice poszczególnych drużyn stoją obok siebie dla wyższego dobra - kibicowania biało- czerwonym. Tu sprawa ma się w sumie identycznie jak do politycznych manifestacji.

Osoba z ruchu nie będąca kibicem powie - ale po cholerę tracić czas i siły na konflikty między kibicami? No i właśnie - osoba z poza światka kibiców tego nie zrozumie. To jest hobby, miłość - alternatywa dla szarej rzeczywistości. Przypadki są różne, ale ja na przykład byłem kibicem zanim wyrobiłem w sobie taki, a nie inny światopogląd. Teraz nie interesuje mnie w sumie nic poza sportem i polityką - to całe życie, reszta jest mniej lub bardziej zbędnym dodatkiem. Stadion to miejsce w, którym zapominasz o wszystkich problemach dnia codziennego, liczy się tylko mecz. Jesteśmy do cholery facetami, a faceci kochają rywalizację, także tą sportową. Kibicując swojej drużynie rodzą się w człowieku sympatie i antypatie, to normalne. Wybraliśmy po prostu (albo inaczej - to wybrało nas) takie zajęcie sobie czasu, z czasem stało się silniejsze od nas samych. Nie ma powodu by to w sobie zwalczać. Osoby z ruchu nie będące kibicami też mają na pewno jakąś pasję w życiu prócz światopoglądu, który jest codziennością. Po, co sobie wypominać?

Powiecie - nie traćmy czasu na mecze i inne zajęcia, skupmy się w 101% na walce. Nie wiecie, co mówicie. Fanatyk będący jednocześnie w ruchu i obnoszący się z tym na stadionie robi wiele niewidocznej być może dla Was - ludzi spoza klimatu kibicowskiego pracy. Nosi na sobie symbole, które mogą zwrócić uwagę ludzi w, których jest spory potencjał i charakter fanatyka. Wreszcie - gdzie światu pokazano więcej naszych symboli niż podczas transmisji telewizyjnych z wielu meczów na, których fani nie stronią od polityki? Pamiętajcie - młodzież często szuka, możemy sprawić, że znajdzie i wybierze właśnie nasz światopogląd. Pokazanie symbolu szerokiemu gronu odbiorców spowoduje zainteresowanie nimi, przynajmniej u ciekawskiej części. Te obrazki z mediów, te celtyckie krzyże, te patriotyczne oprawy pokazane ślepemu społeczeństwu za pomocą transmisji i fotek ze spotkań powinny Wam wszystkim, przeciwnym - zamknąć buzię.  „Roger - nigdy nie będziesz Polakiem" te transparenty pokazały Polsce, że nie wszyscy zgadzają się z „filozofią" ludzi hańbiących wartości Narodowe, kalkulujących potrzebę dania obywatelstwa pod kątem tylko sportowym (+ materialnym). Gdyby nie kibice - media nie mówiłyby o żadnym sprzeciwie wobec takiej zbrodni. A, kto by nas samych usłyszał? Garstka turystów na starówce podczas kolejnej manifestacji. Doceńcie kibiców - nie tylko tych spod znaku krzyża celtyckiego, bo we wielu „zwykłych" fanach (stawiam, że w większości) jest więcej poczucia patriotyzmu niż w innym młodzieżowcu. Kibicowanie tego niejako uczy.   

Kolejny powód dla, którego miejsce nacjonalisty jest także na trybunach. Nie ma nigdzie drugiego takiego miejsca gdzie „kończy się prawo" jak sektor fanatyków. Jest to ostatni bastion wolności słowa w kraju, nieskutecznie zwalczany przez pieniądze i lewaków. Tam nie liczy się kasa, materializm - a te dwa mordercze „pojęcia" są jednym z głównych wrogów szeroko pojętego Ruchu Narodowego. Narodowiec czuje się tam swobodnie, bo ludzie dookoła niego także mają gdzieś polityczną poprawność. Jaka więc forma rozrywki jak nie mecz? Jakie hobby, jaka pasja bardziej pasuje do nas niż to? Pomijam już fakt, że dla nas to coś więcej niż tylko hobby. Wszystko o czym piszę łączy się w całość, powoduje, że kibicowanie staje się nieodłączną częścią życia.

Na stadionie daje się zauważyć osoby obnoszące się z politycznymi poglądami. Padają argumenty - stadion to nie miejsce na politykę. Tylko jeśli ktoś żyje poglądami na co dzień to dlaczego nie ma uwidaczniać ich na zewnątrz? Szczególnie podczas zawodów sportowych, na sektorze, który jak napisałem jest ostatnim bastionem wolności słowa? Jeśli dana osoba jest równocześnie wiernym kibicem to stojąca w szalu i z flagą prezentującą krzyż celtycki nie powinna budzić zdziwienia. Tym bardziej, że na obiektach w Polsce nie ma co do jednego obiektywizmu. Nie toleruje się symboli lewicy i komuny - prócz dziwolągów typu jakaś Wkra Żuromin nikt nie hańbi swojego klubu sierpem i młotem. Symbole drugiej strony barykady od prawie zawsze są za to obecne. To mówi jasno - tu jest nasze miejsce.

Zgadzam się z jednym - nie dla polityki, która wkracza na stadion tylko z powodu przeprowadzenia akcji typowo politycznej. Kojarzy mi się to z różnymi cieciami z politycznej „góry", którzy nagle - kiedy potrzebowali podpisów kibiców, stawali się „wielkimi fanami" danego klubu. Kibic nacjonalista powinien pamiętać, że...jest po prostu kibicem! Kiedy unosi do góry krzyż celtycki, manifestuje swoje poglądy na meczu SWOJEJ drużyny, a nie przyszedł na jakąś tam drużynę tylko po to by zbierać podpisy przed zbliżającymi się wyborami. Być kibicem o narodowych poglądach, a „być kibicem" z powodu chęci pokazania swoich poglądów to istotna różnica.  

Podsumowując ten wywód. Kibicowanie także poprzez swoją niepoprawność zlewa się z innymi sprawami dnia codziennego- tak - istnieją świadomi polityczni radykałowie będący równocześnie kibicami. I nie są hipokrytami, ani szkodnikami dla sprawy. Czy są szkodnikami w przeciwną stronę - dla klubu i kibiców? To już zależy od ekipy, a konkretnie od jej elity. Na stadionie panuje hierarchia więc jeśli coś nie pasuje ogółowi mającemu coś do powiedzenia, swoje uwidacznianie poglądów trzeba schować w kieszeń. To już inny temat, ale takie jest po prostu stadionowe „prawo" i trzeba je zrozumieć. Bo opinia działaczy klubowych w ogóle nie powinna nas interesować, to zazwyczaj ludzie z przeciwnej strony barykady. 

Na podstawie „DL"  i „TMK"

Źródło: Inicjatywa14


Podziel się
oceń
1
0

Idea: Nacjonalizm negacji, nacjonalizm afirmacji

środa, 21 kwietnia 2010 8:03

   O problemach trapiących Ruch Narodowy pisze się i mówi w jego łonie sporo. Czy to ze zwykłej potrzeby ponarzekania, czy z bardziej konstruktywnych pobudek, aby zmusić innych do przyjrzenia się owym problemom. Zazwyczaj mówi się o niezgodzie pomiędzy organizacjami, nieprzychylności systemu i mediów, trudnościach finansowych, wreszcie o zwykłej niechęci lub obojętności szarego Polaka wobec idei narodowej.

   Przyczyn takich jest oczywiście dużo więcej, ale nie jest tu moim celem wymienić je wszystkie. Pragnę raczej zwrócić uwagę na pewną, ostrożnie mówiąc, niedoskonałość samej metody szerzenia idei. Tą niedoskonałością jest obecnie opieranie promocji bliskich nam wartości głównie na negacji wartości przeciwnych. Co prawda nie jest to jakiś kardynalny błąd, ani skrajne wypaczenie, ma jednak spory wpływ na obraz wartości przez nas promowanych, w oczach społeczeństwa. A nie oszukujmy się, szerzenie idei ma swój konkretny, wyznaczony cel, jakim jest przekonanie do niej szerokich mas, rozbudzenie w nich uczuć i umiłowania odwiecznych wartości, dzisiaj już zapomnianych, a w konsekwencji zmiana na lepsze rzeczywistości którą zastaliśmy. Samym rzucaniem słów na wiatr, tudzież (bardziej dosadnie rzecz ujmując) rzucaniem pereł przed wieprze, nic jako Ruch nie zdziałamy. Co najwyżej pozdzieramy gardła, poszamoczemy się z policją na manifestacjach, wydamy trochę pieniędzy a namacalnych efektów jak brakowało, tak brakować będzie w dalszym ciągu.

Stąd potrzebna jest metoda, która nawet przy tak skromnych możliwościach propagandowych, jakie dzisiaj posiadamy, będzie miała większą siłę przebicia niż obecna. Ot, truizm, można powiedzieć. Truizmami jednak należy operować, zanim zgłębi się temat.

Wróćmy jednak do negacji. Nacjonalizm dzisiejszy, tę ideę która przenika gdzieś dalej poza skromne dyskusje działaczy, można bez wątpienia (choć z ciężkim sercem) nazwać nacjonalizmem negacji. Skądinąd szlachetna, wartościowa i bardzo rozwinięta idea, przez szereg czynników jest nagminnie spłycana do zwykłej negacji innej idei. Schemat zazwyczaj jest taki sam - akcja propagandowa organizacji narodowych nie polega na szerzeniu wartościowych postaw, konstruktywnych pomysłów, a na zaprzeczaniu wartościom które proponuje dzisiejszy, moralnie zgniły demoliberalny porządek oraz całe zastępy jego piewców.

Przykładem niech będzie sztandarowa akcja - "Zakaz pedałowania". Mamy tu ewidentną negację postawy homoseksualnej. Oczywiście nie krytykuję tej inicjatywy, wręcz przeciwnie, gdyż ma ona siłę przebicia, żartobliwy ton i jest, za przeproszeniem, "medialna". O wiele bardziej konstruktywnym byłoby jednak, OPRÓCZ TEGO, promowanie conajmniej równolegle, a najlepiej na pierwszym planie, wartości zasadniczej jaką jest tradycyjny model rodziny. W tym konkretnym przypadku, dla prawdziwego nacjonalisty promocja tego modelu jest dalece ważniejsza niż zwykła negacja zboczeń. To zdrowa rodzina jest celem, a nie granie na nosie bandzie sodomitów i ich średnio rozgarniętych obrońców. Co więcej, promocja zdrowego modelu rodziny, tj. rodziny założonej przez kobietę i mężczyznę z zasady odrzuca związki dwóch osób tej samej płci, na zasadach prostej logiki. Z modelu tradycyjnej rodziny wypływa niezgoda na związki pederastów. Ale, odwracając sytuację, z niezgody na związki pederastów wcale nie musi wypływać afirmacja zdrowej rodziny. Stąd nacjonaliści protestujący przeciwko promocji zboczeń są łatwym celem do manipulacji w mediach. W 9 na 10 przypadków są przedstawiani jako krzykliwa grupa która nie wiedzieć czemu, z kimś lub czymś się nie zgadza. Gdyby natomiast promowana była pewna idea pozytywna, a nie sama negacja obcej idei, media siłą rzeczy musiałyby wspomnieć z jakiej okazji nacjonaliści się zebrali, a tym samym, chcąc nie chcąc, przekazać element propagandy dalej. A o to przecież przede wszystkim chodzi. Bo media nie są nasze. Media są sprytniejsze.

Oczywiście, retoryka polegająca głównie na negacji ma swoje smaczki i pewne efekty. Jest skrajnie prosta i nie wymaga specjalnego wkładu umysłowego, może ją uprawiać każdy. Wystarczy pewna zastana już wartość z którą nie chcemy się zgadzać, dopisujemy przed tą wartością minusik i voila! Negacja łatwiej trafia do ludzi, przemawia do nich być może bardziej niż mozolnie budowana promocja wartości pozytywnych, z drugiej jednak strony jest to tylko efekt chwilowy, a nie długofalowy, a takiego właśnie nam trzeba. Poza tym, pewnym szczególnie szkodliwym zjawiskom, takim jak np. aborcja, łatwiej zaradzić na zasadzie negacji. W takich przypadkach retoryka negacji jest przydatna, trzeba jednak umieć rozróżniać, stosować ją umiejętnie i z umiarem. Nie można z rozpędu używać jej za każdym razem. Należy także wspomnieć, że sama negacja jest niczym innym jak walką na zasadach systemu - walką z góry skazaną na porażkę. System sprytnie napuszcza na nas swoje szczury, pozwala nam w nieświadomości szamotać się z nimi tak, abyśmy mieli złudne poczucie że walczymy z systemem, a nie de facto z jego tresowanymi szczurami, na dodatek na równych prawach, niemalże na jego smyczy. Prawdziwym orężem walki z systemem musi być to, co jest mu obce, to czego on nie zna i co uderza w jego fundament. Tym orężem są odwieczne wartości cywilizacji łacińskiej.

Dlatego też potrzebny nam jest nacjonalizm afirmacji. Nacjonalizm który na pierwszym miejscu stawia swoje własne cnoty, zamiast w ślepym ataku robić zbędną reklamę fałszywym wartościom. Nacjonalizm ludzi, którzy świadomie rozwijają się, kształcą i żyją w duchu wartości cywilizacji łacińskiej, a nie w duchu przeczenia demoliberalnemu światu. Takie przeczenie to zdecydowanie za mało, w ten sposób nie ocalimy swoich dusz. Musimy rozwijać się w duchu afirmacji naszych wartości, niech to one będą dla nas fundamentem naszego światopoglądu.

Jako nacjonaliści, ludzie w dużej części wyznający wartości cywilizacji chrześcijańskiej, łacińskiej, powinniśmy mieć ambicje daleko bardziej rozwinięte niż zwykłe uderzanie w ludzkie niskie instynkty i przedmiotowe wykorzystywanie setek antypatii tysięcy ludzi. Tego wymaga nasza idea. Nie chcemy być tylko i wyłącznie grupką wiecznie niezadowolonych z czegoś krzykaczy, nie chcemy kręcić się w kółko negując coraz to nowe, bardziej chore wymysły postępowego świata. Jest on w tej materii zbyt płodny i pomysłowy, a swoje bękarty wypluwa z zastraszającą prędkością. Nie starczy nam energii na stawianie czoła każdemu nowemy wynalazkowi tzw. "postępu". Zginiemy w końcu, przytłoczeni tymi wynalazkami. Jedyny sposób, aby stawić im czoła, to promowanie naszych wartości. Pragniemy zwycięstwa Prawdy, a nie tylko upadku świata opartego na kłamstwie. Jeśli dzisiejszy porządek świata pewnego dnia upadnie, a upaść musi, nasze wartości powinny być wciąż żywotne i obecne, tak, aby mogły bez problemu wypłynąć na powierzchnię i zająć godne, należne im miejsce. Tylko poprzez konsekwentną ich afirmację możemy je zachować dla przyszłych pokoleń.

Jeśli nie zaczniemy przykładać wagi do szerzenia naszej idei na drodze afirmacji, niechybnie do końca swych dni będziemy mogli co najwyżej ponucić pod nosem "Dziś jest nas mało, zbyt mało by pójść po wolność". D.

Źródło: Nacjonalista.pl


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Ireneusz Fryszkowski - "Z Lechem Kaczyńskim umarła narodowa prawica"

czwartek, 15 kwietnia 2010 12:43


   Śmiercią na przeklętej ziemi katyńskiej Lech Kaczyński, a także środowisko polityczne, które reprezentował przejdzie do panteonu bohaterów narodowych, herosów, którzy zginęli na polu walki lub na służbie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

   Nie może być piękniejszej śmierci dla szczerego patrioty jakim był śp. Lech Kaczyński niż w pobliżu miejsca uświęconego krwią tysiąca Polaków. Nawet mimo tragicznych okoliczności i chichotu diabelskiego, który zapewne towarzyszył katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem.

Śmiercią na przeklętej ziemi katyńskiej Lech Kaczyński, a także środowisko polityczne, które reprezentował przejdzie do panteonu bohaterów narodowych, herosów, którzy zginęli na polu walki lub na służbie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

Wawel - symbol władzy królewskiej, autorytetów i mężów stanu, wreszcie świętości narodowej usakralizuje postać Lecha Kaczyńskiego, jego dokonania, a także po raz kolejny prawicową ideologię, ale nie w narodowej wersji, takiej jakiej chcieliby spadkobiercy Dmowskiego.

Zresztą, Lech Kaczyński gdy mówił o swojej prawicowości zawsze podkreślał, że nie jest ona endeckiej proweniencji, dystansując się od dorobku narodowej demokracji w dziedzinie kształtowania jego pojęć politycznych. Ta tradycja była mu obca, choć poszczególni politycy z jego środowiska lubili się czy to szczerze czy ze względów koniunkturalnych do niej przyznawać.

Śmierć Lecha Kaczyńskiego jest więc gwoździem do trumny dla pomysłów zbudowania w Polsce niezależnego, ale jednocześnie silnego i znaczącego politycznie ruchu neoendeckiego.

Właściwie nie było to możliwe już od kilku dobrych lat. Ale to tragiczne wydarzenie i jego następstwa w świadomości prawicowego elektoratu, powinny uzmysłowić liderom narodowej prawicy, którzy nie uznają na niej obecnego prymatu PiS, co dalej ze sobą mają zrobić. Teraz nie będą już w ogóle zrozumiali dla społeczeństwa.

Śmierć prezydenta to nie jest bowiem jak mogło się wydawać w pierwszej chwili wyeliminowanie politycznego konkurenta, ale poważne skomplikowanie tej prawej strony sceny politycznej na dziś. Podważanie „prawdziwej prawicowości" prezydenta i PiS przez resztę skończyły się bezpowrotnie. Lech Kaczyński oddał życie za narodową sprawę i jego Bogu ducha wspaniała małżonka Maria. Nie może być piękniejszego dowodu umiłowania Ojczyzny.

Na przyszłość oznacza to trwanie silnego mitu Lecha Kaczyńskiego i jeszcze większe umocnienie się modelu patriotyzmu o tradycji PPS-owskiej i Józefa Piłsudskiego. Każdy kto teraz będzie na szeroko pojętej prawicy chciał zaśmiać się z prezydenta, ba! nawet zakwestionować dorobek polityczny Lecha Kaczyńskiego, przypominać, że podpisał „zdradziecki" Traktat Lizboński będzie świętokradcą, obrazoburcą, a w najlepszym przypadku zwykłym szurem.

Módlmy się za Pana Prezydenta i Pierwszą Damę, a także za wszystkie ofiary katastrofy.

Módlmy się by Marek Jurek, Roman Giertych czy Sylwester Chruszcz wyciągnęli z tej tragicznej śmierci właściwe wnioski, zawsze dla dobra Polski.

Ireneusz Fryszkowski

Źrodło: Konserwatyzm.pl


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Czas na zjednoczenie!

niedziela, 28 marca 2010 13:04


   „Czas na zjednoczenie" to wielokrotnie powtarzany slogan, padający z ust polityków niemal wszystkich opcji i orientacji od lewicy do prawicy, najczęściej powtarzany przy okazji zbliżających się wyborów.

   Czas, w którym trzeba podliczać potencjalne głosy, zbierać wokół siebie niezdecydowanych wyborców, gromadzić pokrewnych ideowo działaczy, to moment najlepszy, aby po raz kolejny posłużyć się zdewaluowanym i wyświechtanym hasłem „zjednoczenia". Lewica „jednoczy się" przeciwko rządom „nacjonalistów i ksenofobów" lub dla „ratowania" wizerunku Polski w Europie. Budują oni w tym celu według starych bolszewickich wzorów różne Fronty Ludowe i chcą na fali wytworzonej w społeczeństwie histerii dorwać się ponownie do władzy i „koryta". Jeżeli chwilowo poziom „faszyzacji" krajowej polityki okaże się dla nich za niski, to zawsze mogą ruszyć do politycznej walki w obronie „klas pokrzywdzonych", co z chwilowego braku takowych zrekompensują sobie walką o przywileje dla wszelakiej maści dewiantów i odmieńców, czy też sfrustrowanych i zacietrzewionych ideologią feminizmu kobiet. Lewica ma zawsze w zanadrzu więcej, równie „dobrych" powodów do jednoczenia się.

   Tak samo tzw. polska „prawica", zarówno ta spod znaku obecnie rządzących, jak też poprzedniej ekipy ma wiele celów, wokół których chce i próbuje jednoczyć swój elektorat i swoich sympatyków. Według nich Polska zawsze przecież może być bardziej „europejska" i prozachodnia, mniej proniemiecka, bardziej proamerykańska lub też antyrosyjska, kombinacji i haseł jest wiele, pod którymi można jednoczyć się, nie są one jednak aż tak ważne, wszakże to tylko wybieg taktyczny, cel jest taki sam jak w przypadku lewicy - władza i tylko władza.

Tymczasem obok tego bazaru politycznego, na którym każdy może pozornie znaleźć coś dla siebie (towary te same, ale różne etykietki) istnieje inna siła i opcja polityczna, jakże bardzo odmienna od lewicy czy „prawicy", których wspólnym mianownikiem jest „ugoda okrągłostołowa". Siłą tą jest rozbita i rozproszona od lat opcja narodowa.

Karta z polskiej historii, jaką jest okres II Rzeczypospolitej nie bez powodu jest okresem, w który spoglądają z nostalgią polscy narodowcy i ludzie, którym bliskie są poglądy narodowo-katolickie. Były to, bowiem czasy, kiedy właśnie opcja narodowa, mimo, iż nie rządziła Polską, rządziła sercami i umysłami milionów Polaków! Wówczas obóz narodowy pozostawał skonsolidowany w jednym głównym stronnictwie oraz kilku pomniejszych i pomimo zaistniałych podziałów stanowił ogromną siłę polityczną w naszym kraju. Hekatomba II wojny światowej oraz sowiecka okupacja zniszczyły niemal doszczętnie tę siłę polityczną, która wyrażała się w przedwojennych partiach i ugrupowaniach o charakterze narodowo-katolickim.

Współcześnie, mimo usilnych prób przeciwników zarówno tych z lewa jak i „prawa", myśl narodowa w Polsce odradza się, co więcej jest to proces nieunikniony, gdyż myśl ta wyraża żywotne interesy Narodu Polskiego i jako taka musi się prędzej czy później uaktywnić. Szczególnie dziś w dobie zagrożenia rozpłynięciem się naszej narodowej tożsamości w tyglu europejskim, obóz narodowy jest ogromnie potrzebny, ale musi być zjednoczony i gotowy do walki politycznej z obecnym establishmentem.

W odróżnieniu od naszych przeciwników, wspomniane na początku powody do jednoczenia się nie dotyczą ruchu narodowego, ponieważ ruch ten jest przede wszystkim realizatorem interesu narodowego Polaków, a nie swoich własnych interesów partyjnych. Obóz narodowy nie ma innego interesu nad interes swojego narodu i państwa oraz z nimi wiąże on swoją przyszłość. My, mamy realnym powód, aby przekuć slogan „jedności" w czyn, gdyż stoimy wobec permanentnego zagrożenia polegającego na zastępowaniu w polityce krajowej i zagranicznej naszych interesów, interesami ponadnarodowymi realizowanymi według ideologicznego scenariusza współczesnej lewicy, która na naszych oczach buduje „nowy ład" europejski. Stąd wynika dla nas potrzeba szukania porozumienia między sobą, konieczność zawarcia bardziej lub mniej oficjalnych umów, które zbliżałyby nas do jedności w narodowym ruchu. Nie szukajmy jej jednak dla zaspokojenia własnych ambicji, ale dla zrealizowania narodowych i cywilizacyjnych celów Polski i Polaków!

Rok 2010, to rok podwójnych wyborów w Polsce. Z jednej strony będziemy świadkami przepychanek między lewicą, a „prawicą" o stołek prezydenta, które wywołują u inteligentnego Polaka wielkie obrzydzenie, a pamiętać musimy, że będą się zapewne toczyć z użyciem wszelkich możliwych obecnie metod, a więc od podkładania sobie przysłowiowych „świń" i wyciągania brudów, aż po szafowanie pojęciami świętymi, takimi jak: wiara, ojczyzna i honor. Patrząc jednak trzeźwo na te wybory musimy sobie powiedzieć szczerze, że obóz narodowy nie ma w tej chwili ani szansy na zwycięstwo ani odpowiedniego kandydata do walki o fotel prezydenta RP, a nie ma ich między innymi, dlatego, że jest wewnętrznie podzielony. Są jednak w tym roku także inne wybory, a mianowicie wybory samorządowe, które dają już jakąś realną szansę na lokalne zwycięstwa sił narodowo-katolickich, pod jednym wszakże warunkiem, iż ruch ten nie będzie wystawiał wielu, wzajemnie ze sobą rywalizujących list!

Bieżący rok jest czasem jak najbardziej sprzyjającym do szukania kompromisu i porozumienia ugrupowań odwołujących się do wartości narodowych, jest to tym bardziej nagląca konieczność, iż z każdym rokiem nasi przeciwnicy zyskują na sile, a my trwonimy nasze siły na walkę nierzadko z przysłowiowymi wiatrakami. W odróżnieniu od ekip rządzących Polską mamy prawdziwy i szczytny cel, aby z czystym sumieniem powiedzieć, a nawet krzyknąć: czas na zjednoczenie! Podejmijmy się tego zadania ostrożnie, z rozwagą, ale bez zrażania się ewentualnymi wstępnymi trudnościami i z czystym sumieniem!

 Artur Zienkiewicz
/Obóz Narodowo-Radykalny/

Źródło:
„Polski Szaniec" nr 1 (5) /2010


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Narodowcy przeciwko narodowcom. Podobieństwa się odpychają

środa, 24 marca 2010 21:56

"To takie łatwe zniszczyć i potępić
Tych, których nie rozumiesz.
Zastanawiasz się może czasem,
Czy to jest usprawiedliwione? (...)

Zamykam oczy, gdy idę po cienkiej linii
Między miłością a nienawiścią,
Dla osoby z tą samą krwią w żyłach (...)
Zawiodłam Cię, ale uwierz mi,
Że Ty również mnie zawiodłeś"

Within Temptation, "Destroyed"
"Trochę wspomnień tamtych dni..."



   Poglądów nacjonalistycznych, antydemokratycznych i skrajnie konserwatywnych nie wyniosłam ani z domu, ani z podwórka, ani tym bardziej ze szkoły. Do wszystkiego, co dzisiaj wchodzi w skład mojego światopoglądu, doszłam samodzielnie, i to okrężną drogą. Kiedy byłam dzieckiem, wypowiadałam się i zachowywałam jak mała, wywrotowa feministka, nie widziałam nic złego w związkach homoseksualnych oraz popierałam klonowanie ludzi. Później, jako gimnazjalistka, stałam się kimś w rodzaju kosmopolitycznej chrześcijańskiej demokratki (chadeczki), która wprawdzie prowadziła walkę ze zjawiskami aborcji i eutanazji, ale nie uznawała takich pojęć jak Ojczyzna czy Naród. Nie wiem, kim byłabym dzisiaj, gdybym przypadkowo nie zaczęła słuchać Radia Maryja, które przekonało mnie do wartości narodowych i patriotycznych. Na pewno nie byłabym współpracowniczką Polskiej Partii Narodowej...

"Wczoraj jeszcze młoda, jednak płyną lata jak w rzece woda..."

Moje poglądy ukształtowały się w pełni, kiedy miałam 17 lat, a więc w roku 2008 - wtedy właśnie uświadomiłam sobie, jakie jest moje spojrzenie na poszczególne zjawiska polityczne, społeczne, ekonomiczne i międzynarodowe. Stałam się zdecydowaną konserwatystką, patriotką, nacjonalistką, eurosceptyczką, antyfeministką, antydemokratką i tercerystką (zwolenniczką Trzeciej Drogi w gospodarce). Ponieważ bardzo lubiłam RM i "Nasz Dziennik", media ojca Tadeusza Rydzyka były dla mnie głównymi autorytetami w kwestiach ideologicznych (aczkolwiek nie podzielałam płynącej stamtąd wiary w Boga i aprobaty dla ustroju demokratycznego). Nie przeszkadzało mi to jednak w poszukiwaniu innych podmiotów o poglądach zbliżonych do moich. Za każdym razem, kiedy spotykałam ludzi, będących jednocześnie konserwatystami, obrońcami życia poczętego i przeciwnikami obecności Polski w Unii Europejskiej, cieszyłam się jak dziecko oraz pragnęłam się z nimi zaprzyjaźnić, stowarzyszyć. Szczególnie radowały mnie kontakty z osobami wybitnie radykalnymi, a zwłaszcza z nacjonalistami, którzy mi imponowali.

"Rozwiewa się niebo jak fatamorgana..."

Uważałam, że skoro tych ostatnich - do których wkrótce dołączyłam - jest tak niewielu, to powinni oni trzymać się razem, aby przetrwać konfrontację ze znacznie potężniejszymi i liczniejszymi przeciwnikami. Nawiązywałam znajomości z wieloma narodowcami, najczęściej z sympatykami Narodowego Odrodzenia Polski i Obozu Narodowo-Radykalnego, jednak dziękowałam losowi za istnienie również innych organizacji nacjonalistycznych - Polskiej Partii Narodowej, Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Wielkiej Polski... Ba! Dziękowałam za każdą organizację prawicową, niekoniecznie narodową! Rozmawiałam z przedstawicielami tych ugrupowań, wymieniałam z nimi spostrzeżenia, uwagi i refleksje... Sielanka trwałaby pewnie do dzisiaj, gdybym pewnego dnia - z ogromną rozpaczą i przerażeniem - nie zauważyła, iż ci podobni do siebie ludzie, zamiast budować silną i zwartą opozycję dla demoliberalizmu, drą ze sobą koty, wieszają na sobie psy, podkładają sobie świnię, robią się w konia, obrzucają mięsem, opluwają żółcią itd.

"Ludzie przeciwko ludziom, to wszystko działa jakby na złość..."

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego osoby, których poglądy są ze sobą zbieżne w jakichś 90 procentach, które walczą po tej samej stronie frontu, z tym samym wrogiem i o te same cele, tak bardzo się nienawidzą? Dlaczego ludzie, odwołujący się do identycznych idei, gloryfikujący bądź potępiający te same postacie historyczne, posługujący się jednakową albo bardzo podobną symboliką, nie mogą dojść do porozumienia? Dlaczego, zamiast wspierać swoich sojuszników, kłócą się nawet na polu bitwy? Dlaczego organizacje nacjonalistyczne, pomimo znacznego rozdrobnienia, rozdrabniają się jeszcze bardziej, przez co stanowią łatwiejszy cel dla nieprzyjaciela i po prostu słabną (lub wręcz zanikają)? Czy my, narodowcy, naprawdę musimy tracić czas i energię na spory personalne? Przecież ten czas i tę energię można by wykorzystać na walkę o suwerenną, zdrową Polskę!

"Tacy sami, a ściana między nami..."

Stare przysłowie mówi: "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem". Pomyślmy więc, jak wiele tracimy, opluwając swoich przyjaciół, wyzywając ich od najgorszych i pomawiając o przeróżne niegodziwości! Ech, przypomina mi się cytat z pewnej znanej piosenki: "Tacy sami, a ściana między nami". To prawda, drodzy nacjonaliści... Jesteśmy do siebie tak podobni, że moglibyśmy stworzyć jedną, potężną i liczącą się formację, lecz - zamiast tego - kroczymy ścieżką, która prowadzi donikąd. Tymczasem sytuacja, w której obecnie znajduje się nasza Ojczyzna, jest tak opłakana, iż wymaga natychmiastowej naprawy. Uwierzcie mi, że nie naprawimy niczego, jeżeli nie weźmiemy się w garść i nie stworzymy silnej opozycji dla demoliberalizmu, lewactwa, Unii Europejskiej i kosmopolityzmu! Nasz nieprzyjaciel jest tak silny i niebezpieczny, że żadne z małych stowarzyszeń, działających samodzielnie i zwaśnionych z innymi, nigdy nie zdoła go powstrzymać. A organizacje nacjonalistyczne są małe, o czym świadczy fakt, że nawet te największe, posiadające status partii politycznych (PPN i NOP) nie mają szans na zdobycie władzy. To smutne, ale prawdziwe. Dlatego błagam: zróbmy coś ze sobą, przestańmy się kłócić i walczmy dalej jako mocna, zgodna formacja! Wówczas nie będziemy tak łatwi do pokonania jak obecnie...

"Damy radę, bo nie damy się skłócić..."

Ktoś kiedyś opowiedział mi przypowieść bądź anegdotę o jakimś afrykańskim królu, który przed śmiercią postanowił przekazać swoją mądrość poddanym. Powiedział on, że ludzie są jak gałązki. Jedną gałązkę można bardzo łatwo złamać, lecz jeśli weźmie się ich wiele, stworzą one grubą, twardą całość i wówczas ich przełamanie stanie się niemożliwe. Tak samo jest z grupami narodowymi. Mała organizacja może zostać bez trudu "złamana", czyli unieszkodliwiona lub nawet zlikwidowana przez nieżyczliwe czynniki. Jednak z wieloma organizacjami, współpracującymi ze sobą, nie pójdzie wrogom już tak łatwo. Czy teraz rozumiecie, dlaczego porzucenie wzajemnych niesnasek i stworzenie jednolitego frontu jest koniecznością? Moi Drodzy, istnieje w języku polskim takie pojęcie jak solidarność międzyludzka (chociaż ja nie lubię tego terminu, bowiem przywodzi mi on na myśl pewien ruch społeczny, który przyczynił się do stworzenia obecnego - a więc beznadziejnego - systemu politycznego). Oznacza ono zjednoczenie, zgodną współpracę, lojalność i odpowiedzialność, wynikające z posiadania jednakowych przekonań oraz dążenia do wspólnego celu. A właśnie tych cech nam brakuje... Kiedy wreszcie dojrzejemy i przestaniemy się przekomarzać jak dzieci w piaskownicy?!

"Taki jest prawdziwy świat i nie wiem, czy to zmienisz..."

Jak już ustaliliśmy, sytuacja w polskim ruchu narodowym jest nieciekawa i wymaga niezwłocznej naprawy. Ja sama, będąc pozytywnie nastawioną do całego stronnictwa, długo nie zauważałam niesmacznych konfliktów, toczących się między nacjonalistami. Kiedy przyszło mi wybierać między współpracą z Polską Partią Narodową a współpracą z Narodowym Odrodzeniem Polski, bardzo długo się wahałam i do samego końca odczuwałam lęk. Wiedziałam, że jeśli wybiorę PPN, to zwolennicy NOP-u odwrócą się ode mnie, i vice versa. Naturalnie, moje obawy się spełniły (pamiętam dramatyczne e-maile od pewnego NOP-owca, który rozpaczliwie zaklinał mnie, bym zrezygnowała ze współpracy z PPN-em!). Czy powinnam robić sobie nadzieję na zjednoczenie narodowców, czy też taki optymizm nie ma sensu? Oj, chyba to drugie. Bo skoro, zgodnie z przysłowiem, "przeciwieństwa się przyciągają", to "podobieństwa" powinny się "odpychać". Gorzka analogia, ot co! A wiecie, co w tym wszystkim jest najbardziej haniebne? To, że czasami łatwiej jest mi znaleźć wspólny język z neoliberałem lub komunistą niż z drugim nacjonalistą...

Natalia Julia Nowak

P.S.
Cytaty zawarte w nagłówkach poszczególnych akapitów pochodzą z piosenek zespołów Łzy, Closterkeller, Fenomen, Lady Pank i WWO.

Źródło: Natalia Julia Nowak Blog


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Ruch Narodowy, a konserwatyzm

wtorek, 23 marca 2010 16:53


   Era ideologii oraz zbornych systemów porządkujących polityczne stosunki w danym miejscu i czasie minęła już dawno i - jak się wydaje - całkowicie bezpowrotnie. Dlatego też sam tytuł niniejszego tekstu pobrzmiewa fałszywą nutką, zarówno co do jego wymowy, jak i rzeczywistego znaczenia poszczególnych słów. Jednak hołdując epigonizmowi, zdecy- dowałem się na to słownictwo, gdyż wciąż ono - mimo wszystko - coś waży i pewne spory jeszcze nie do końca są wyjałowione oraz pozbawione realnej treści.

 

   Warto zatem zapytać co dzisiaj w świecie pojęć oraz politycznej praktyki oznaczają w Polsce te terminy; a jeśli nie są zaledwie wspomnieniem przeszłości, jakie zachodzą między nimi wzajemne relacje?

Czy nadal znajdziemy sztandary, chorążych i obrońców tych idei? Wychodząc od konkluzji można rzec: w gęstym lesie świata zasad chwilami słychać jakieś, najczęściej pojedyncze nawoływania, lecz odzewem bywa wyłącznie słabe echo własnych słów. I pozostając w sentencjonalnym nastroju należy dodać, iż współcześnie narodowiec winien być konserwatystą, zaś konserwatysta narodowcem. Kolejność słów jest dowolna, ale w ramach tych możliwości kryje się zniuansowana rzeczywistość i jej poświęcamy najwięcej uwagi, gdyż - jak się niekiedy powiada - przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach.

 

Ujmując temat historycznie nadmienimy, iż spór między tymi dwoma umysłowo- politycznymi kierunkami w pierwszych dekadach dwudziestego wieku wynika¸ z dwóch kluczowych powodów. Pierwszym był fakt socjologiczny, sprowadzający się do stwierdzenia, iż dwie odrębne polityczne mafie, polując zwyczajowo na zbliżonych łowieckich obszarach, z definicji muszą pozostawać w stanie pewnego napięcia i rywalizacji. Drugi jest bardziej zasadniczy, a nawet rzekłbym podstawowy. Konserwatyści, przede wszystkim zaś ci z Galicji, najlepiej i najskuteczniej zorganizowani w ramach owego nurtu, chwilami zbliżali się do takich granic lojalności wobec zaborców, do których Dmowski i jego otoczenie nigdy by się nie posunęli. Konkludując zatem ten fragment powiadam: zachowawcy byli silniej motywowani ideologicznie oraz stanowo aniżeli narodowcy. Teraz jednak te dylematy należą  już wyłącznie do historii i tego rodzaju spór nie powinien kopać nieprzekraczalnych rowów, uniemożliwiających wspólne działanie.

 

Może jednak taką kością niezgody jest ocena międzynarodowego położenia Polski i wynikające z niej diagnozy, co do kierunków naszego zaangażowania? Sądzić musimy, że po dwudziestu latach od chwili, gdy nasz kraj znalazł się w nowych relacjach i z sąsiadami, i z dalszą zagranicą, pewne sprawy zostały już wyjaśnione. Należymy do zachodniego świata, lecz nasze położenie wymaga przyjęcia tej prawdy, że w dalszym ciągu stanowimy przedmiot międzynarodowych rozgrywek. Dlatego dla zabezpieczenia dobrze pojętych własnych interesów winniśmy ograniczyć naszà antyrosyjską aktywność, zrezygnować z prometejskich mrzonek, a w samej Europie poszukiwać rzeczywistych sojuszników, w oparciu wyłącznie o wspólnotę interesów. Politykę naszą winien cechować zimny pragmatyzm i nakierowanie uwagi na własne interesy, a przede wszystkim, by Polska nie pozostała osamotniona w obliczu licznych niebezpieczeństw.

 

Czy endeków i konserwatystów nie dzielą na przykład różnice światopoglądowe, choćby stosunek do katolicyzmu, zwłaszcza jako instytucji, w tym przede wszystkim uczestnika narodowego życia. W żadnej mierze. Już Roman Dmowski rozstrzygnął¸ te kwestie na korzyść konserwatywnego podejścia do rzymskiego Kościoła, uznając jego duszpasterskie priorytety za cenne dziedzictwo polskiej sytuacji i trwały składnik narodowej tożsamości. To powinno być rozstrzygające. Jeżeli więc te dwa prądy w podobny sposób odnoszą się do oceny społecznych skutków religijnego zaangażowania, inne programowe odmienności są zatem nieistotne, a także całkowicie drugorzędne.

 

Jeśli tak jest: dlaczego po 1989 roku nie zbudowano w Polsce skutecznej formacji o silnych konotacjach narodowo-konserwatywnych, zdolnej do trwałego parlamentarnego życia, choćby takiej o faktycznych możliwościach porównywalnych do tych, które wywalczyło sobie PSL. Należy dodać, że najbliżej tego celu było ZChN, ale chyba życiowy koniunkturalizm, pragmatyzm nadmiernie niekiedy posunięty aż do cynizmu i chęć uczestniczenia we władzy za wszelką cenę, wytrąciło to Stronnictwo z właściwej orbity, w zupełności spychając na boczny tor, prowadzący ku politycznemu niebytowi.

 

Jednak wielu prominentnych działaczy Zjednoczenia uratowało skórę, ale za cenę całkowitego zaprzeczenia narodowym, a nawet konserwatywnym generalizmom. Zasadnicze pytanie polityczne brzmi w obecnym momencie następująco: czy jest możliwe powołanie u nas wpływowej narodowo-konserwatywnej organizacji, o pryncypialnych zasadach, wyrażanych jednak w umiarkowanej formie, o zdolności do osiągania wyniku wyborczego w przedziale 6%-10%. Czy dla takiego planu znajdzie się wystarczająco zdolne grono planistów i programistów, a także terenowych aktywistów, właścicieli warsztatów pracy, poczytnych pism.

 

Czy na owy ruch występuje tak zwane społeczne zapotrzebowanie i czy można liczyć na materialną bazę dla takiego przedsięwzięcia? I w ogóle czy aby jest jeszcze coś sensownego do zrobienia poza strukturami PiS? Może jedyną realną perspektywą jest słabo zaznaczona frakcja w ramach Prawa i Sprawiedliwości? Ale jak należy sądzić po przypadkach choćby niewyrazistego Kazimierza Ujazdowskiego oraz chimerycznego Marka Jurka, w kierownictwie tej partii brak przyzwolenia na taką strukturę. Przy czym nie chodzi o jakąś nową inicjatywę przegranych, którzy co pewien czas skrzykują się, naiwnie mniemając, że ich polityczne aktywa są nawet takie, iż coś sumują; gdy tymczasem tracą swoje niewątpliwe talenty na beznadziejną szamotaninę.

A może jednak dla dobra Polski trzeba o tych wszystkich sprawach przynajmniej myśleć i choćby pisać? Mimo tych wszystkich niesprzyjających okoliczności?

Antoni Koniuszewski

Źródło:
Myśl Polska (13-14 z 28 marca -4 kwietnia 2010)


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Z cyklu, Nieprzetartym szlakiem idei... - Nie tylko dla zielonych (tekst programowy)

czwartek, 18 marca 2010 7:37

Z cyklu: Nieprzetartym szlakiem idei...


   Ekologia dotyka coraz to nowych aspektów naszego życia, wkrada się bezpośrednio do codzienności - bez względu na to, czy chodzi o nasz kosz pod zlewem, czy wielką międzynarodową korporację. Są tego pozytywne i negatywne konsekwencje.


Nie tylko dla zielonych (tekst programowy)

  KTO ZAWŁASZCZA EKOLOGIĘ 

   Sprawy ekologii są często „zagarniane" przez środowi­ska lewicowe, socjalistyczne czy też socjaldemokratycz­ne. Tylko te grupy wypromowały własne organizacje par­tyjne w różnych krajach Europy, odnoszące zresztą zróż­nicowane rezultaty w wyborach. Monopol tych środo­wisk w tematach ekologicznych jest częściowo zawinio­ny przez samych konserwatystów i prawicowców, którzy w tematyce ekologicznej są znacznie bardziej powścią­gliwi.  

 Jak słusznie zauważył Rafał Ziemkiewicz (na łamach „Gazety Polskiej"): „ekolog - jak wskazuje charakte­rystyczna końcówka, wzięta ze starogreckiego «logos» - to nie maniak przykuwający się do drzew, ale nauko­wiec, biolog". Zaś „nazywanie /ignorantów, krzykliwych awanturników - przyp. red./ ekologami [...] - pisze dalej Ziemkiewicz - to hucpa i granda tej miary, co gdyby an­tyglobalistycznych zadymiarzy z sierpem i młotem nazy­wać «ekonomistami»". 

Podkreślenia wymaga jednak fakt, iż sama idea społe­czeństwa ekologicznego, rozsądnie gospodarującego po­siadanymi zasobami, jest zdecydowanie odpowiadają­ca podglądom konserwatywnym, narodowym, prawico­wym, a każdy gest w zakresie ekologii obywatel powinien (i to często czyni) poczytywać sobie jako objaw zdrowe­go patriotyzmu. To kwestia odpowiedzialności za dobro wspólne, ojczyznę, własne otoczenie i rodzinę. 

Nie zmienia to faktu, iż częste są przypadki wprost od­wrotnych zachowań. Wystarczy śledzić medialne donie­sienia, by być świadomym, jak wiele ścieków wylewa­nych jest wprost do polskich rzek z przydomowych zbior­ników oraz ile tirów wiozących śmieci z zachodu przekra­cza naszą granicę. W przypadkach tych liczy się zysk, nie idea. 

RECYKLING - SŁOWO, NA KTÓRE NIE ZNALEŹLIŚMY POLSKIEGO ODPOWIEDNIKA
 

Generalnie Polacy szybko przystosowują się do ekolo­gicznego myślenia, gdy przekłada się to na zawartość ich portfeli. Znaczne podwyżki dotyczące wywozu śmie­ci spowodowały wzrost odpadów segregowanych. Śmie­ci komunalne bowiem odbierane są odpłatnie, a ceny ustalane przez samorządy są coraz wyższe. Tymczasem w większości gmin prowadzących segregację odpadów odpady te są odbierane od mieszkańców w różnych for­mach (kontenery, pojemniki, worki) nieodpłatnie, co pozwala sporo zaoszczędzić.  

Oczywiście pozostaje jesz­cze duży problem odpadów niebezpiecznych np. baterii, akumulatorów czy sprzętu elektronicznego - i tu sama zaradność samorządów czy wyższe ceny wywozu śmie­ci nie pomogą. Potrzebna jest świadomość ekologiczna, iż niektóre z wytwarzanych przez nas śmieci są szczegól­nie niebezpieczne. A stan takiej świadomości najtrudniej osiągnąć. Potrzeba bowiem czasu i edukacji. Stąd warto promować każdą akcję zbierania baterii w szkole czy wy­różniać sklepy, które bez problemu odbiorą od nas stary sprzęt elektroniczny przy zakupie nowego. 

Pozostaje jeszcze pytanie, co robić z zebranymi przez nas surowcami. I tu nie wystarczy stać w miejscu. Potrze­ba kolejnych nakładów na badania, tak abyśmy z pozy­skanej makulatury, regranulatów, szkła byli w stanie wy­twarzać produkty coraz bardziej innowacyjne i o wyso­kiej jakości.  

ENERGIA ATOMOWA
W CIENIU CZARNOBYLA

Oczywiście sprawy ekologii nie wolno nam zawężać do problemu odpadów. Zresztą wątków jest bardzo dużo, lecz jednym z naczelnych jest sposób pozyskiwania ener­gii. Tu rysują się dwie bardzo ważne dyskusje prowadzo­ne obecnie w Polsce (zazębiające się zresztą). Pierwsza dyskusja dotyczy energii atomowej. Dyskusja ta toczy się w cieniu naszych smutnych doświadczeń z lat 80. Zim­na kalkulacja podpowiada, iż musi się to opłacać, skoro większość naszych sąsiadów i krajów europejskich posia­da już siłownie jądrowe. Pozostają zatem istotne pytania o: magazynowanie odpadów powstałych przy procesie, zakup technologii oraz dostawy surowca (uranu).  

Alternatywą mogłaby się stać czysta energia: wiatro­wa, słoneczna, wodna, geotermalna lub pozyskiwana z biomasy. Szczególnie te dwa ostatnie sposoby pozyski­wania energii według naukowców mogą mieć w Polsce znaczące zastosowanie. Problemem są oczywiście środ­ki finansowe. Wymaga to bowiem znaczących nakładów nie na jedną wielką, ale na tysiące dużych i średnich in­westycji w całym kraju. Oczywiście udział czystej ener­gii powinien być coraz większy, ale czy to oznacza, iż od razu powinniśmy rezygnować z największych pokładów surowca obecnie wykorzystywanego w produkcji energii, czyli węgla?  

Pewne jest to, iż bez względu na wybór rodzaju energii: atomowej, odnawialnej, czy też tradycyjnej (węgiel) win­niśmy podejmować jak najwięcej działań, aby ograniczać zużycie energii. Od coraz wydajniejszych systemów ogra­niczających utratę energii w domu (np. termoizolacje) aż po zwykłe wyłączanie monitora czy też żarówki, kiedy jej praca nie jest potrzebna. 

NATURA CZY INFRASTRUKTURA?
 

Obwodnica Augustowa, która stała się inwestycją słynną na całą Polskę, a nawet Europę, pokazała również, iż eko­logia ma jeszcze jedno oblicze w Polsce. Oblicze ważne i niepokojące. Ponieważ Polska przyroda jest piękna i za­chowana często w stopniu bardzo dobrym, warto ją chro­nić. Ale co jest ważniejsze: ochrona przyrody czy budowa ważnych dróg i realizowanie kluczowych inwestycji? Co bardziej się liczy: życie ludzi, zysk gospodarczy, wygoda przybywających turystów czy też ochrona zagrożonych gatunków, zachowanie pierwotnych walorów krajobra­zu, cenne przyrodniczo tereny?  

Na pierwszy rzut oka pogodzić się tego nie da - to jakby chcieć godzić ogień z wodą. Wykluczające się interesy „ekologów", czy jak kto woli ekoterrorystów, przykutych do drzew oraz rze­sza mieszkańców i kierowców chcących jedynie normal­ności. A Augustów jest tylko jednym z setek miejsc w Pol­sce, gdzie będziemy świadkami podobnych - mniejszych i większych - konfliktów na tle ekologii i inwestycji. Czy można realizować te inwestycje nie zagrażając naturze? Zapewne nie. Ale można minimalizować skutki tych in­westycji na przyrodę - będzie jednak to skuteczne tylko przy dialogu z organizacjami pozarządowymi zajmują­cymi się ekologią oraz gdy inwestycje od początku pla­nowania aż po zakończenie realizacji uwzględniać będą również cele ekologiczne. 

DOBRY WYBÓR 
 

Zamiast przeciwstawiać wzrost i rozwój gospodar­czy ochronie środowiska i ekologii, warto podejmować współpracę i dokonywać dobrego wyboru, ale niestety rozsądnego kompromisu i współpracy brak. Przykłado­wo: brak działań rządowych ukierunkowanych na roz­wój żeglugi śródlądowej, ponieważ administracja rządo­wa skupiona jest na rozwoju transportu lądowego - dro­gowego i kolejowego - a brak działań rządu w tym tema­cie odpowiada znikomemu naciskowi ze strony organi­zacji ekologicznych na propagowanie i działania rozwo­jowe tej gałęzi transportu, a ekologom jest to nawet na rękę, ponieważ chcą, żeby po Wiśle i Odrze pływały kacz­ki i łabędzie, a nie barki.  

Tymczasem żegluga śródlądo­wa jest najbezpieczniejszą, najtańszą i najbardziej ekolo­giczną formą transportu towarów. Ten sam ładunek to­waru, który można przetransportować na kilkudziesię­ciu TIR-ach, może przewieźć jedna barka, nie wspomi­nając już o transporcie produktów wielkogabarytowych. Rozładunek barki dla wielu odbiorców jest mniej czaso­chłonny, co stanowi dodatkową oszczędność i korzyść. Niższe koszty transportu jednostkowego i niższe kosz­ty rozładunku powodują, iż transport rzeczny śródlądo­wy jest bardziej opłacalny - jest trzyipółkrotnie tańszym środkiem transportu od transportu samochodowego i o 30% tańszym od kolejowego. Ze względów ekonomicz­nych, ekologicznych i bezpieczeństwa jest coraz bardziej wspierany przez rządy poszczególnych państw UE, ale nie w naszym kraju.  

Dla porównania w Polsce udział że­glugi śródlądowej w transporcie wynosi 0,7%, w Niem­czech 12%, w Holandii 44%. Tymczasem w ministerstwie infrastruktury zatrudnione są ledwie cztery osoby, któ­ra merytorycznie odpowiadają za żeglugę śródlądową, a po ciężkich bojach w ramach poprzedniego rządu uda­ło się wyrwać kwotę 80 milionów euro na rozwój żeglu­gi śródlądowej w ramach środków europejskich na lata 2007-13, a początkowo na ten cel nie zaplanowano żad­nych centralnych środków europejskich. Pytanie zatem, czy nie jest wskazane, aby doprowadzić do żeglowno­ści Odry na całej jej długości, przez 300 dni w roku (bez zimy)? Czy ekolodzy nie powinni podejść do tego zagad­nienia rozsądnie? Przecież transport towarów będzie się odbywał i może lepiej wybrać tę drogę transportu, która jest najbardziej ekologiczna i najtańsza zarazem?  

ZADANIA DLA EKOLOGÓW 
 

Organizacje proekologiczne i mające za statutowy cel działania ochronę środowiska, jak również osoby nale­żące do tych organizacji i indywidualni działacze ekolo­giczni są potrzebni i te nie tylko do ochrony fauny i flory, ale także z uwagi na wspieranie rozwoju i wzrostu gospo­darczego. Problemem jest jednak to, że tam, gdzie ekolo­dzy potrzebni nie są, tam się zazwyczaj pojawiają, a tam, gdzie ich pomoc i naciski rzeczywiście są potrzebne, tam zazwyczaj ich brakuje. Nie wspominam tu o „ekoterrory­stach" i zwyczajnych szantażystach, którzy pod płaszczy­kiem protestów ekologicznych próbują (często skutecz­nie) wyłudzić pieniądze od inwestorów w zamian za od­stąpienie od protestów i nadanie klauzuli zgodności jego działań z ochroną środowiska.  

Mówimy tu o tych eko­logach, dla których działania proekologiczne i związane z ochroną środowiska są rzeczywiście ważne. Dlaczego tak dużo osób protestowało w Augustowie, a praktycz­nie nikt się nie zastanowił, czy polskie służby zajmujące się walką z zanieczyszczeniami i skażeniami środowiska mają do tego celu odpowiedni sprzęt? Weźmy np. polską Służbę SAR /Morska Służba Poszukiwania i Ratownic­twa - przyp. red./, do której obowiązków należy ratow­nictwo morskie oraz zabezpieczenie przez skażeniami środowiska na Bałtyku i portach morskich. Czy ekolodzy wiedzą, jakim SAR dysponuje sprzętem na wypadek np. katastrofy tankowca i wycieku do morza ropy naftowej? Nawet wyciek średnich rozmiarów spowodowałby kata­strofę ekologiczną i nieodwracalne skutki dla przyrody, co więcej - doszłoby również do ogromnych strat gospo­darczych.  

Służba SAR dysponuje tylko jednym specjali­stycznym statkiem do zwalczania zanieczyszczeń na mo­rzu, który cumuje w porcie w Gdyni. A co jeśli dojdzie do wypadku w Szczecinie lub Świnoujściu, albo na środko­wym wybrzeżu, albo, gdy akurat statek będzie w stoczni remontowej na przeglądzie? Gdzie są naciski na admini­stracje: państwową i samorządową, gdzie są media, gdzie te listy protestacyjne? Przypominamy, że w ramach Pro­gramu Operacyjnego „Infrastruktura i Środowisko" na lata 2007-2013 wprowadzono tzw. działanie, w ramach którego istnieje możliwość wybudowania nowoczesnego statku do zwalczania zanieczyszczeń na morzu dla SAR-u.  

Dla tego działania instytucją pośredniczącą jest mini­sterstwo środowiska, a instytucją zarządzającą minister­stwo rozwoju regionalnego. I tam trzeba słać protesty i organizować pozytywne naciski opinii publicznej. To tyl­ko przykład, jeden z bardzo wielu, gdzie działania „zie­lonych" organizacji są potrzebne, zarówno w wymiarze ekologicznym, jak i gospodarczym, i na pewno zyskają one szeroką aprobatę mediów i opinii publicznej. Tylko trzeba zdjąć „zielone" okulary i popatrzeć trochę trzeź­wiej na pewne problemy oraz zagadnienia.

Sławek Przenny

Źródło: Artykuł ukazał się w kwartalniku Myśl.pl, numer 14, lato 2009


Podziel się
oceń
0
0

Idea: Uwolnić salut rzymski!

niedziela, 14 marca 2010 8:43




Saluto romano

   Pewien gest wywołuje burzę w mediach, ilekroć się gdzieś pojawi. Jego demonstrowanie podlega penalizacji, a w publicystyce roi się od głosów albo z tego zadowolonych, albo narzekających, że podlega za słabej penalizacji. Chodzi oczywiście o rzymskie pozdrowienie, uznawane przez autorów medialnych komunikatów - a więc zapewne i przez wszystkich nieszczęsnych ludzi, którzy swą wiedzę o świecie czerpią głównie z telewizora i/lub gazet - za symbol nazistowski. Reporterzy TVN zwykli je nawet nazywać robieniem 'hajhitla'. Cóż, jeśli ktoś ma pracowników p. Waltera (oraz innych prasowych i telewizyjnych bonzów) za autorytety w dziedzinie historii czy nauk politycznych, pozwolę sobie już na wstępie niniejszego tekstu wyzwać go od naiwniaków. Jeśli zaś któryś z czytelników tego artykułu uważa salut rzymski za propagowanie nazizmu, to po pierwsze też jest naiwniakiem, a po drugie niech nie traci czasu na dalszą lekturę, tylko natychmiast telefonuje na policję, pisze zawiadomienie do prokuratury i szuka sposobu na zaalarmowanie ABW. Oświadczam bowiem, iż będąc w pełni świadomym swego działania, wielokrotnie wykonywałem saluto romano, także publicznie i w obecności mediów. I uczynię to jeszcze nieraz.


Za każdym razem, kiedy wybucha kolejna - pożal się, Boże - afera, bo w gazecie lub telewizyjnym serwisie zamieszczono zdjęcie, na którym nieznani nikomu młodzi ludzie (nierzadko w stanie dalekim od trzeźwości) wyciągają ręce w rzymskim pozdrowieniu, obok głosów niebotycznego oburzenia odzywają się i inne, tłumaczące incydent dogłębną ignorancją sprawców zamieszania w zakresie najnowszej historii. Mówią: to wygłup, wyrostki nie zdają sobie sprawy, z czym się wiąże taki gest i kto go używał, trzeba ich uświadomić. W większości przypadków niewątpliwie należy przyznać im rację, jednak ignorancję wypada wypomnieć również każdemu, komu rzymski salut kojarzy się wyłącznie z wyjątkowo antypatycznym krzykaczem o charakterystycznym, kwadratowym wąsiku, konwulsyjnie wymachującym prawym ramieniem w opasce ze swastyką. Ów nieciekawy typek nie wynalazł saluto romano i nie on uczynił go symbolem politycznym, skoro używali go już starożytni Rzymianie. Uzasadnianie tego pozdrowienia sympatię dla antycznego Rzymu - co czynią niektórzy „przyłapani" - ma jednak wydźwięk tragikomiczny, kiedy posługuje się nim Anglik, Hiszpan czy Polak. Tradycję polityczną, do której odwołuje się rzymski salut, znajdujemy nie w Antyku, lecz w dwudziestoleciu międzywojennym.


Za wypromowanie saluto romano odpowiada wybitny włoski poeta, dramaturg i powieściopisarz Gabriel D'Annunzio (1863-1938), podczas I wojny światowej wsławiony jako bohater walk na morzu, lądzie i w powietrzu. W 1919 r., w proteście przeciw nienależytemu wykorzystaniu przez Włochy ich drogo okupionego krwią udziału w wojnie („kalekie zwycięstwo") oraz powojennemu upadkowi ducha wśród rodaków, D'Annunzio na czele awanturniczych oddziałów zwanych arditi („śmiałkowie"), złożonych z wojennych weteranów oraz politycznych radykałów różnej maści, opanował adriatycki port Fiume (ob. Rijeka), nad którym zwierzchnictwo włoski rząd daremnie usiłował uzyskać drogą dyplomatyczną. Zająwszy miasto, proklamował powstanie na jego terenie nowego państwa - Regencji Carnaro - stając na jego czele z tytułem Komendanta. Za hymn służyła żołnierzom D'Annunzia pieśń „Giovinezza" („Młodość"). Romantyczny poeta-wojak wprowadził w swym państewku bogaty ceremoniał, obejmujący m.in. salut dłonią trzymającą sztylet, bojowe okrzyki (np. „A noi!" - „Do nas!" - było zawołaniem eskadry lotniczej, w której walczył podczas wojny) oraz, oczywiście, rzymskie pozdrowienie. To ostatnie, znane Włochom ze starożytnych posągów cesarzy, budziło jednoznaczne sentymenty. Gest zdobywców - centurionów i prokonsulów - przypominał czyny z epok największej świetności Rzymu. Przywoływał mocarstwową, imperialną wizję państwa. Wyrażał chęć odrodzenia rzymskich cnót i ducha niepokonanych legionów... Rządy włoskiego warlorda w Fiume po niespełna półtora roku zlikwidowała interwencja wojsk regularnych, lecz całą stworzoną przezeń symbolikę zdążył przejąć ruch faszystowski, dynamicznie rozwijający się pod wodzą Benita Mussoliniego. Przywódca faszystów błyskawicznie odniósł oszałamiający sukces: nie kłaniając się masom wyborczym ani tzw. liczącym się partiom politycznym stanął na czele rządu, po czym skutecznie przywrócił porządek w państwie, które w okresie powojennym trzeszczało coraz głośniej w szwach pod ciśnieniem nadchodzącej rewolucji społecznej. Nowy premier Włoch zyskał za granicą ogromną popularność (hołdy składali mu m.in. Freud, Ghandi i Shaw, nie wspominając o Churchillu, który układał na jego cześć całe peany). Nic więc dziwnego, że wizualny styl jego ruchu ochoczo zapożyczały ugrupowania podobnego typu w innych państwach, łączące rewolucyjne i paramilitarne metody działania z nowym, antymaterialistycznym rodzajem nacjonalizmu. Tych zaś nie brakowało; I wojna światowa gwałtownie podniosła temperaturę życia politycznego w Europie.


Symbolikę z Włoch skopiowali między innymi naziści (np. tak zwana niemiecka wrona to podróbka rzymskiego orła legionowego) i tylko o nich się w tym kontekście pamięta. To rażąca deformacja historii, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż rzymskim pozdrowieniem posługiwały się liczne nurty narodowo-radykalne, odległe ideowo od nazistowskiej „rewolucji nihilizmu" - rumuński prawosławny Legion Michała Archanioła czy katolickie: polski RNR Falanga i belgijski Christus Rex. Salutu rzymskiego używano również w opartych na chrześcijańskim solidaryzmie, zachowawczych państwach autorytarnych: królestwie Węgier pod rządami regenta adm. Mikołaja Horthy'ego (1868-1959), Austria kanclerzy Engelberta Dollfussa (1892-1934) i Kurta von Schuschnigga (1897-1977), Portugalii Antoniego Salazara (1889-1970) oraz Hiszpanii gen. Franciszka Franco (1892-1975). Stanowił ona także organizacyjne pozdrowienie Frontu Odrodzenia Narodowego, utworzonego w 1938 r. przez rumuńskiego króla Karola II (1893-1953) jako ruch jedności narodu - przeciwwaga dla partii, anarchizujących życie polityczne swymi utarczkami; Front głosił ideę budowy silnego państwa i wzmocnienia autorytetu monarchy (na czele popieranego przezeń rządu stanął cerkiewny dostojnik, patriarcha Miron Cristea). Z mniej głośnych ugrupowań stosujących rzymski salut wymienić można łotewskich nacjonalistów znanych jako Perkonkrusts (Krzyże Błyskawicy). Założył je na początku lat trzydziestych Gustaw Celminš, weteran ochotniczej kompanii studenckiej z czasów wojny między narodami Europy Wschodniej a bolszewikami (1918-1920); jego członkowie, umundurowani w szare koszule, pozdrawiali się, wznosząc prawe ramię z okrzykiem „Cześć walce!". W Polsce saluto romano przyjął też działający na Śląsku, chrześcijańsko-socjalistyczny Radykalny Ruch Uzdrowienia, w późnych latach trzydziestych współpracujący z sanacyjnym Ozonem.


Co ciekawe, rzymskie pozdrowienie obowiązywało również w żydowskim Związku Trumpeldora (Brith Trumpeldor, w skrócie Bejtar), założonym w 1923 r. przez Włodzimierza Żabotyńskiego. Bejtar działał w szeregu państw europejskich, propagując koncepcję uzyskania niepodległego państwa dla Żydów metodą walki zbrojnej. Jego działacze wykonywali salut rzymski z okrzykiem „Tej Haj" (była to nazwa kolonii w północnej Palestynie, gdzie w walce z Arabami poległ patron organizacji, były oficer rosyjskiej armii Józef Trumpeldor). Związek oficjalnie współpracował z włoskimi faszystami (np. organizował obozy szkoleniowe wspólnie z faszystowską młodzieżówką - Balillą), a jego umundurowanie obejmowało charakterystyczne, brunatne koszule (sic!). Spośród wszystkich narodowo-radykalnych ruchów międzywojnia to właśnie żydowski Bejtar jako jedyny był ideologicznie pokrewny nazistom. O ile bowiem nacjonalizm innych narodowych radykałów osadzony był wyraźnie w kontekście chrześcijańskim (co odróżniało go także od antychrześcijańskiego faszyzmu włoskiego), o tyle Bejtar - podobnie jak naziści - wyrastał ze światopoglądu ateistycznego i materialistycznego, który wiódł go do deifikacji własnego narodu (lider Bejtaru Żabotyński mawiał: „Jedynym bogiem jest Izrael"). Do obcych Związek nastawiony był szowinistycznie, co w latach czterdziestych znalazło wyraz w zbrodniach popełnianych przez jego bojówkę (Irgun Cwai Leumi, znaną bardziej po prostu jako Irgun) na każdym, kogo postrzegano jako przeszkodę na drodze do stworzenia państwa Izrael. (Zbrodnie te były tak okrutne, że działalność Irgunu potępiała nawet główna żydowska organizacja paramilitarna - Hagana.). Można by rzec: chichot historii...


Przytaczając powyższe fakty, zawsze słyszę tę samą, płaczliwą odpowiedź: „No dobrze, ale co z tego, skoro wszystkim ten gest kojarzy się jednoznacznie?". Cóż, w takim razie kojarzy się błędnie i czas już najwyższy, by przestał się tak kojarzyć. Mnie rzymskie pozdrowienie kojarzy się bardzo pozytywnie: z integryzmem religijnym, bojowym antykomunizmem, porządkiem autorytarnym, sprzeciwem wobec partyjnictwa, silnym państwem etc. Na próby moralnego szantażu z Hitlerem w tle najlepszej odpowiedzi udzielił zaś prezes Organizacji Monarchistów Polskich p. Adrian Nikiel, kiedy - polemizując z pewnym „antyfaszystą" - napisał: „Jeżeli p. Lechicki tak obawia się określonych ruchów ręką, informuję, że np. Hitler podawał rękę na powitanie, a zatem Autor musi się tego wystrzegać, bo zostanie nazistą".


Niniejszy artykuł stanowi reakcję na pocieszną w gruncie rzeczy próbę rozpętania afery przez innego „antyfaszystę" po tym, jak w moim rodzinnym Krakowie działacze Narodowego Odrodzenia Polski wykonali ponoć rzymski salut pod Krzyżem Katyńskim. Ów zatroskany społecznik złożył do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa, lecz sąd umorzył sprawę z uwagi na „niewykrycie sprawców". Gdyby jednak tych tak zwanych „sprawców" (może od razu „zbrodniarzy"?!) znaleziono, czy powinni być ukarani? I za co? Za to, że „nawiązują do nazizmu" - co jest zwykłym łgarstwem (NOP nawiązuje do przedwojennego, patriotycznego ONR, nie antypolskiego totalitaryzmu zza zachodniej miedzy)! A dlaczego nie podlega penalizacji, dajmy na to, noszenie tzw. pacyfy, nawiązującej jednoznacznie do ruchów, które głosiły libertynizm, apologię „poszerzaczy świadomości" i sekt oraz postulaty antypaństwowe (wszędzie, gdzie działały), a w praktyce ciągnęły młodzież w bagno prostytucji, narkotyków lub pospolitych przestępstw? Tymczasem saluto romano odwołuje się do tradycji ideowej nieporównywalnie wspanialszej niż ten lewacki znaczek - do tradycji znaczonej nazwiskami takich mężów stanu jak Horthy, Dollfuss, Salazar czy Franco.


Pozdrawiam wszystkich czytelników. Na sposób rzymski.

Adam Danek


Podziel się
oceń
1
0

Licznik odwiedzin:  246 013  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O bloogu




Czołem Wielkiej Polsce!

Witamy na bloogu "Kronika Narodowa".
Bloog w swym zamyśle, ma być czysto informacyjny. Znajdziecie tu relacje z inicjatyw/ akcji praktycznie wszystkich środowisk i organizacji szeroko pojętego Obozu Narodowego. Nie zapomnimy jednak o działalności nacjonalistów spoza granic naszego kraju i artykułach oscylujących wokół tematyki ideologiczno – historycznej.
Jesteśmy otwarci na współpracę z wszystkimi środowiskami narodowymi. Przy czym, z całą stanowczością stwierdzamy, iż nie interesują nas jakiekolwiek antagonizmy organizacyjne... CWP!

Redakcja

ZASADY PRZEDRUKU Z KN: ZASADY PRZEDRUKU - LINK

Kontakt: kronikanarodowa@wp.pl

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 246013

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości